piątek, 28 lutego 2025

Fałszywi bogowie

Swoją książkę „Fałszywi bogowie” Keller rozpoczyna od wspomnienia światowego kryzysu ekonomicznego w 2008 roku, kiedy to wielu właścicieli firm, dyrektorów, finansistów popełniło samobójstwo. Podobna sytuacja miała miejsce w latach trzydziestych XX w. po krachu giełdy w 1929 r. Strata wiąże się ze smutkiem lub rozpaczą, z tym, że smutek dopuszcza pocieszenie, natomiast rozpacz jest wynikiem utraty rzeczy ostatecznej i nie łączy się z nadzieją. Autor zadaje pytanie: „Co jest przyczyną tej ‘dziwnej melancholii’, która przenika społeczeństwo nawet w czasie rozkwitu i gorączkowej aktywności i która obraca się w głęboką rozpacz, kiedy dobrobyt zanika? (…) Jest ona wynikiem sięgnięcia po jakąś ‘niepełną radość tego świata’ i zbudowania na niej całego swojego życia. To definicja bałwochwalstwa”.

Lecz nawet, gdy nie posuwamy się do ostateczności i mamy też jakąś tam wiarę w Boga, to jednak jak Rachela kradniemy bożki domowe, aby były dla nas gwarancją poczucia bezpieczeństwa, swoistym ubezpieczeniem w razie jakby sam Bóg nie wystarczył, pokoleniową tradycją, której musimy kurczowo się trzymać; lub jak Jakub zmagamy się ze wszystkimi wokół, szukamy akceptacji i wypełnienia wewnętrznej pustki, a dopiero w Bogu (w osobistej relacji) znajdujemy błogosławieństwo.

Tak jak kiedyś składano ofiary bogom, tak dzisiaj czcimy bogów, którzy mają nam przynosić szczęście i spełnienie. Jesteśmy przy tym sprytni, kreatywni, pracowici, w pełni wykorzystujący swój talent. „Nasza kultura stworzyła całą klasę ambitnych ludzi sukcesu z niezrównoważeniem równie wielkim, jak ich pozycja”. Przykłady można mnożyć. Od aktorów, muzyków, po biznesmenów i polityków.

Obrazem „psychicznego wzmacniacza” ludzkich pragnień może być pierścień z powieści Tolkiena. Nawet pozytywni bohaterowie potrafili uzależnić się od jego mocy. Mimo dobrych motywacji łamane są zasady, ponieważ pierścień sprawia, że cel uświęca środki.

Książka udowadnia, że wszystko dla każdego człowieka może być bóstwem, nawet te najlepsze i najbardziej wartościowe rzeczy, idee, działania. I właśnie to, co najlepsze i najpiękniejsze staje się pułapką ludzkości, staje się fałszywym bóstwem, jeżeli jest ważniejsze niż Bóg, jeżeli zajmuje miejsce Chrystusa w sercu człowieka. A niestety bez duchowego narodzenia nie ma szans na pozbycie się toksycznych, niszczących nas bogów. Keller szczegółowo (200 stron) opisuje rozmaite obiekty naszej czci i sposoby ich czczenia, nawet te najbardziej subtelne, te, po których nie spodziewalibyśmy się złego wpływu. Mamy więc tam miłość, zdrowie, pieniądze, sukces, władzę, ale też własne ego, rodzinę, moralność i religię.

Bałwochwalstwo w naszym życiu może być bardzo złożone, wielowymiarowe i ukryte. O Biblijnym Jonaszu czytamy, że „pragnął sukcesu w służbie, bardziej niż tego, żeby być posłusznym Bogu. Przedkładał narodowe dobro Izraela nad posłuszeństwo Bogu i duchowe dobro mieszkańców Niniwy. Jonasz posiadał również bożka religijnego, zwyczajne moralne poczucie własnej sprawiedliwości. Czuł się lepszy niż niegodziwi poganie, którzy zamieszkiwali Niniwę”. Fałszywe bóstwa sprawiają, że zło nazywamy dobrem, a dobro złem. Szczęśliwie Jonasz doszedł do tego, że Bóg okazał Niniwie łaskę tak jak i jemu, ponieważ łaska charakteryzuje się tym, że nikt nie jest jej godzien. Nie można na nią sobie zasłużyć. W końcu stwierdza: „Zbawienie jest tylko u Pana”.

Tym samym, idąc za przykładem Pisma Świętego, Autor zapewnia, że jedynie przez nawrócenie i poznanie Boga można zyskać mądrość i duchowe wsparcie, aby skutecznie pozbywać się bogów, których czcimy czy to z przyzwyczajenia, czy kulturowo, podświadomie, czy też w dobrej wierze. Bóg bowiem jest Bogiem zazdrosnym i zrobi wszystko, by uczeń Chrystusa nie oddawał czci nikomu i niczemu innemu.

Timothy Keller - Fałszywi bogowie

poniedziałek, 10 lutego 2025

Mrok Iana Curtisa (recenzjo-esej)

Ian Curtis przeżył niecałe 24 lata, powiesił się. Dziś miałby 69 lat. W roku 1980 wydali z zespołem Joy Division drugą płytę „Closer”, która stała się numerem jeden dla koneserów punka, rocka, gothic rocka, new wave, cold wave i nie tylko. Okrzyknięta jako płyta roku w brytyjskim „New Musical Ekspress”. Była wielką inspiracją dla U2, The Cure, czy Interpol, w Polsce - dla Kryzysu, Made In Poland, 1984, czy gdańskiego Deadlocka.
Chcąc poznać moich idoli z okresu gdy miałem 13 lat, chwyciłem za książkę „Przenikliwe światło, słońce i cała reszta. Joy Division w ustnych relacjach” Jona Savage, oraz książki basisty zespołu i żony Iana. "Ustne relacje" to świetny dokument napisany w formie wypowiedzi kilkudziesięciu osób ułożonych chronologicznie. Dobrze się to czyta dzięki znakomitemu tłumaczeniu Filipa Łobozińskiego. Cenię jego styl i dbałość o szczegóły. 
Twarda oprawa, folia aksamitna, wybiórczo lakier. Grafika na okładce pochodzi z pierwszej płyty JD – „Unknown Pleasures”. Uzupełnieniem książki może być film dokumentalny w reżyserii Granta Gee oraz fabularny „Control” Antona Corbijna.

Z zespołem zapoznał nas w podstawówce nauczyciel ZPT, który potem został naszym kumplem. W tamtych czasach niewiele informacji docierało do Polski. Dlatego po śmierci wokalisty wytworzył się wielki mit wokół zespołu, a w mojej głowie Ian był prawie że półbogiem. Ich muzyka bardzo korespondowała z moimi obserwacjami, uczuciami, zainteresowaniami (zdecydowanie wyparła wówczas Kombi i Ultravox). Fascynowała mnie ich surowość, zimno z kroplami ciepła, poetyczność, głębia potężniejsza niż współczesne im kapele. Zresztą sam Ian, artyzmem, talentem, charyzmą, choć osobowością już mniej, przewyższał kolegów z zespołu. „Był z niego prawdziwie piękny kowal słów” – powiedział po latach Hooky (bas).
Jednym z pierwszych doświadczeń wokalnych Curtisa był chór kościelny, w którym śpiewał jako małe dziecko. Gdy trochę podrósł, najpierw w zespole Warsaw, potem Joy Division jego śpiew brzmiał jakby wokalistą był czterdziestoletni facet. Chłodny baryton, z elementami krzyku, ostrzeżenia, rozpaczy i momentami melodyjny jakby artysta chciał przytulić słuchaczy lub sam szukał przytulenia („Czekam na przewodnika, który poprowadzi mnie za rękę” z „Disorder”) – jest do dziś rozpoznawalny i niepodrabialny. Piłem podobny koktajl, co Ian – Kraftwerk, Cabaret Voltaire, Sex Pistols, Iggy Pop, The Doors, David Bowie, Reggae, Dub, Herzog, Kafka, Eliot, Dostojewski. Co ciekawe, Curtis zaczytywał się w Biblii, którą ja zacząłem chłonąć dopiero po kilkunastu latach. Szkoda, że nie poznał jej Autora. Robił w niej różnego rodzaju notatki, w szkole przodował z teologii i historii, co później widać chociażby w piosence „Wilderness” („Widziałem świętych z ich zabawkami… Podróżowałem wzdłuż i wszerz przez wiele różnych czasów… przez więzienia krzyża… co tam widziałeś? Potęgę i chwałę grzechu… krew Chrystusa na ich skórze… nieznani męczennicy umierali”). Dziennikarz Bob Dickinson tak ich opisał: „Snuli swoją opowieść w mrocznym, dobijającym Manchesterze. wyrzucali z siebie echa i widma Europy w pożodze wojennej, milionów zabitych, tego, o czym ludzie nadal wolą nie myśleć…”.

Mrok i depresja…?

Oprócz tego, że miał poczucie humoru, pragnął dobra dla wszystkich wokół, to był też skryty i melancholijny. W jego tekstach przeważa smutek, mrok, ludzkie cierpienie, zwątpienie, przerażenie. W pewnym sensie liryka oraz naturalność, niezależność i autentyczność zespołu dawały niezłego kopa wielu przybitym ludziom. W recenzji koncertu dla „Melody Maker” Steve Taylor pisze: „Joy Division mówią o apokalipsie beznadziei i rozpadzie, a mimo to ich muzyka egzorcyzmuje ze słuchaczy bierność i gnuśność. Takiego ożywienia ducha pierwotnego rock and rolla nie doświadczyłem już od wielu lat”. Dziennikarka Liz Naylor pisze: „…miałam nieustannego doła i myśli samobójcze, a spacerowanie po Manchesterze końca lat 70tych stanowiło idealne dopełnienie. (…) Miasto opanowali ludzie wyzuci ze wszystkiego, ja sama też czułam się wyzuta z sił i środków. Joy Division mieli bardzo podobne odczucia. Byli moją pierwszą kapelą. Według mnie byli zespołem szczególnie lubianym przez różnych wyrzutków i przez dziewczyny”. Zgadzam się z jednym ze świadków tamtych wydarzeń, grafikiem Jonem Wozencroftem, który wspomina:
Grają ‘The Eternal’. Było to coś niesamowitego. Na tamte czasy jakby utwór muzyki klasycznej do tych sugestywnych słów, całość brzmi jak modlitwa. Nie mroczna w sensie depresyjnego nastroju, raczej jak dziecięcy sen ubrany w piękne motywy syntezatora basem Hooky’ego w kontrapunkcie. (…) Patrząc na występ Iana tamtego wieczoru, czułem, że on emanuje energią, którą można wykorzystać w szczególny sposób – perspektywiczny i ekspansywny – przekazując publiczności bardzo silną emocję. To było moje wielkie odkrycie, że w tej muzyce jest ogromny potencjał jasnego światła, że nie chodzi tylko o śmierć, przeznaczenie i zniszczenie. Muzyka Joy Division podnosi na duchu. Nie ma nic wspólnego z depresyjnym siedzeniem w łóżku, obgryzaniem paznokci i zastanawianiem się, czy by się rzucić z okna. (…) Utarło się mówić, że Joy Division to mrok i depresja. A dla mnie było kompletnie przeciwnie – oni nieśli radość, a ja po tym koncercie poczułem się naładowany”.
Utwór „The Eternal” powstał z obserwacji sąsiada Iana – chłopaka z zespołem Downa.
Curtis był wrażliwy, może nadwrażliwy i współczujący, ale też sam potrzebował szczególnej opieki. „Krzyk o pomoc. Trochę znieczulenia” takimi słowami zaczyna się piosenka „Colony”.

Dlaczego doszło do samobójstwa?

Trudno tu o jednoznaczną ocenę. Niektórzy mówią, że to przez fascynacje artystami, którzy młodo zmarli - chociażby Jimem Morrisonem („żyj szybko i umieraj młodo”). Inni, że doprowadziła do tego epilepsja i coraz częstsze ataki. Swego czasu pracował w ośrodku pomocy chorym na padaczkę, tam pośredniczył w znalezieniu pracy. Jedna z pacjentek miała przy nim atak i jakiś czas potem zmarła. Napisał o tym piosenkę „She’s lost control” (znalazła się na ich pierwszym albumie „Unknown Pleasures”) – pierwsze jej publiczne wykonanie w audycji radiowej Johna Peela zbiegło się z postawieniem diagnozy o chorobie Curtisa. Być może był źle leczony, ponoć jeden z jego lekarzy strzelił sobie w głowę. Perkusista Stephen Morris stwierdza: „Jak tylko masz zdiagnozowaną epilepsję, automatycznie twój stan zacznie się pogarszać wskutek leków, które ci dają, żeby twój stan się polepszył”. Barbiturany, które brał sprawiały, że raz się śmiał, a zaraz potem płakał. Być może koledzy niezbyt poważnie podchodzili do padaczki Iana (potem przyznali się do swojej niedojrzałości), choć on sam nie chciał tworzyć jakichkolwiek barier w rozwoju zespołu. Hooky określił album „Closer” jako „ścieżkę dźwiękową jego wielkiego cierpienia”. Bardzo szybko stali się popularni, czekała ich trasa po USA. Niestety… Był świetnym kameleonem, przy wszystkich cieszył się na tą trasę, ale potajemnie skrupulatnie zaplanował już datę wyroku na siebie, choć niektórzy twierdzą, że był to odruch chwili. Sytuację pogarszał fakt, że rozpadał się jego związek z żoną Deborą, rzadko widywał kilkumiesięczną córeczkę Natalię, a w trasy jeździł z belgijską dziennikarką Annik, z którą bardzo się zaprzyjaźnił. Spędzali ze sobą większość czasu, połączyła ich literatura, sztuka i uczucie. Notabene Ian napisał w tym czasie jedną z najsłynniejszych piosenek o miłości wszechczasów – „Love will Tear us Apart”. Tomek Beksiński dość łagodnie przetłumaczył ten tytuł: „Miłość ponownie nas rozdzieli”. Jednak patrząc na holistyczny dramat artysty należałoby to przetłumaczyć: „Miłość rozszarpie nas znowu” i taką wersję znajdujemy w książce Debory - „Przejmujący z oddali” w przekładzie Krzysztofa Obłuckiego. Dramaty miłości to przecież przodujący temat w muzyce rozrywkowej. Bob Dylan otrzymał Literacką Nagrodę Nobla za swoją twórczość, a właśnie ponad 70% jego piosenek dotyczy zranień, rozstań, zakochań itp. Wracając do książki - cały ten ciężar winy, wstydu i doświadczeń, który dźwigał nasz bohater stał się dla niego nie do zniesienia. Niektórzy mówią, że większość jego życia polana była demonicznym sosem. Autor - Jon Savage twierdzi, że Ian „posiadał niezwykłą, mediumiczną moc”. Do tych wszystkich spekulacji dodałbym swoją – samobójstwo chłopaka było w dużej mierze porażką wychowawczą rodziców.

***

Mrok w chrześcijańskim życiu

Zacznijmy od tego, że prawdziwe, żywe, Biblijne chrześcijaństwo nigdy nie jest mroczne. „Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie, nad mieszkańcami krainy mroków zabłyśnie światłość” (Iz 9,1). Światło było oczekiwane, zwyciężyło ciemność i zostało raz na zawsze i wszem wobec ogłoszone (Dz 26,22-23). Wraz z przyjściem Chrystusa, Jego światło wypełnia każdego, kto w Niego uwierzy (Ps 34,6). Niemniej cierpienie jest wpisane wielkimi literami w chrześcijaństwo. Rozpacz, myśli samobójcze, brak nadziei znikąd i od nikogo – jest to idealny czas na szukania Boga, przybliżanie się do Niego, poznawanie Go. Oswald Chambers tak o tym pisze:
Kazanie na górze prowadzi cielesnego człowieka do rozpaczy, i właśnie to jest celem Jezusa. Gdy osiągamy punkt rozpaczy, pragniemy przyjść do Jezusa jako nędzarze i przyjąć Jego dobro. "Błogosławieni ubodzy w duchu" - oto pierwsza zasada królestwa. Dopóki żyjemy zarozumiałą, opartą na własnej sprawiedliwości myślą, że możemy działać jeśli Bóg pomoże - On pozwoli nam tak funkcjonować, aż skręcimy kark naszej ignorancji na jakiejś przeszkodzie. Wtedy dopiero będziemy chcieć przyjść i otrzymywać Jego dobro. Opoką Królestwa Jezusa Chrystusa jest bieda, a nie posiadanie; nie decyzje dla Jezusa, lecz poczucie całkowitej daremności - "nie potrafię nawet tego zacząć". Wtedy, mówi Jezus, "błogosławieni jesteście". Tak właśnie wygląda początek, choć przekonanie że jesteśmy biedni może zabrać nam trochę czasu”.

*
Czytam też w tym czasie „Życie i pamiętnik Dawida Brainerda” opisane przez Jonathana Edwardsa. Książka, która prawie od 300 lat inspiruje i buduje kolejne pokolenia wierzących, inspiruje do głębokiej, intymnej relacji z Bogiem. Dawid żył tylko 29 lat. W pierwszym roku studiów teologicznych (w wieku 20 lat) wykazywał oznaki gruźlicy, która miała zakończyć jego życie przedwcześnie. Borykał się z depresją, smutkiem, samotnością, niezrozumieniem i chorobą. Jak sobie z tym radził? Stopniowo nauczył się rozeznawać – jakie emocje skąd się biorą. Edwards pisze:

Jest jedna rzecz w Brainerdzie, łatwo dostrzegalna w poniższym opisie jego życia, która może być nazwana niedoskonałością, która — choć nie jest właściwie niedoskonałością natury moralnej, to jednak — może być przedmiotem zastrzeżeń wobec nadzwyczajnych oznak religijności i pobożności w jego życiu, przez takich, którzy stawiają zarzuty każdej rzeczy, która może być przedstawiona na korzyść prawdziwej, żywej religii; a mianowicie, że był on, przez swoją konstrukcję i naturalny temperament, bardzo podatny na melancholię i przygnębienie ducha. (…)
Jego rozsądek objawiał się nie tylko w rozróżnianiu doświadczeń innych ludzi, ale także w różnych zmaganiach jego własnego umysłu; szczególnie w rozeznawaniu, co w nim samym było skutkiem jego naturalnej skłonności do melancholii. W tym przewyższał wszystkie melancholijne osoby, z którymi kiedykolwiek byłem zaznajomiony. Było to bez wątpienia spowodowane szczególną zdolnością jego osądu, gdyż rzadko się zdarza, aby ludzie melancholijni byli właściwie wyczuleni na swoją własną przypadłość i w pełni przekonani, że takie a takie rzeczy należy jej przypisać, jako jej faktyczne działanie i skutki. Brainerd nie doszedł do takiego poziomu umiejętności od razu, lecz stopniowo. (…)
W pierwszej części swojego religijnego życia, wiele z tego rodzaju przygnębienia umysłu i ciemnych myśli przypisywał duchowej nędzy. Natomiast w drugiej części jego życia uświadamiał sobie, że wiele jego stanów ducha było wynikiem schorzenia melancholii; dlatego też wyraźnie mówi o tym w swoim pamiętniku jako o właściwej przyczynie. Często w rozmowach mówił o różnicy między melancholią a bogobojnym smutkiem, prawdziwym uniżeniem, a duchowym odstępstwem, a także o wielkim  niebezpieczeństwie pomylenia jednego z drugim i o bardziej szkodliwej naturze melancholii. (...)
Kiedy natomiast dokuczała mu melancholia, to nie miała ona znamion emocjonalizmu, ale działała przez ponure i zniechęcające myśli o nim, jako o ignorancie, nikczemniku, zupełnie nie nadającym się do służby, a nawet do przebywania wśród ludzi. Rzeczywiście, w tym czasie, kiedy nie nauczył się dobrze rozróżniać pomiędzy emocjonalizmem a prawdziwą religijnością, trzymał się z niektórymi, którzy byli zarażeni w niewielkim stopniu emocjonalizmem”.

*
Archbald D. Hart, w książce „Męska depresja” tak pisze o innym wielkim teologu i kaznodziei, który żył w XIX w.: „Spośród wszystkich wielkich ludzi Boga tylko Spurgeon rozumiał prawdziwą naturę depresji. Spurgeon, człowiek obdarzony ogromnym poczuciem humoru, którego śmiech można było rozpoznać na milę, znał dobrze z własnego doświadczenia otchłanie rozpaczy.” Spurgeon miał wpływ na dziesiątki milionów osób za swojego życia i do dzisiaj jego książki, kazania, biografia przyciągają tłumy do zdrowej wiary w Boga.

*
Zarzuty ludzkości do Boga o zło, ból, depresje, wojny, brak nadziei – świetnie odpiera C.S. Lewis w genialnej książce „Problem cierpienia”. Oto fragment przybliżający jego mroczną stronę życia, kiedy nie był jeszcze chrześcijaninem i jak się do tego odnosi już po nawróceniu:

>>Nie tak dawno temu, gdy byłem jeszcze ateistą, na pytanie dlaczego nie wierzę w Boga, odpowiadałem mniej więcej następująco: „Spójrz na wszechświat, w którym żyjemy. W większości wypełnia go pusta przestrzeń, absolutnie ciemna i niewyobrażalnie zimna. Ciała niebieskie poruszające się w tej przestrzeni są tak nieliczne i drobne w porównaniu z samą przestrzenią, że nawet gdyby doskonale szczęśliwe istoty zamieszkiwały tłumnie każde z nich, wciąż trudno byłoby uznać, że życie i szczęście to coś więcej niż tylko produkt uboczny działania mocy, która stworzyła wszechświat. Tymczasem naukowcy są przeświadczeni, tę zdolność wykorzystaliśmy w pełni. Historia ludzkości stanowi zasadniczo ciąg zbrodni, wojen, chorób i trwogi, z niewielką domieszką szczęścia; jest go akurat tyle, by zapewnić doświadczającym go istotom bolesne poczucie straty, gdy im się to szczęście odbiera — a później dotkliwą nędzę pamiętania. Ludzie starają się nieustannie uczynić ów stan nieco znośniejszym i tak powstaje coś, co nazywają „cywilizacją”. Lecz cywilizacje upadają, a nawet jeśli są trwałe, same z siebie stają się przyczyną szczególnych cierpień — tych ostatnich jest zapewne więcej niż ulg, jakie cywilizacje przynoszą zwykłemu cierpieniu ludzkiej kondycji. To, że taki jest charakter naszej cywilizacji, nie podlega dyskusji; jest też więcej niż pewne, że przeminie ona tak samo, jak wszystkie jej poprzedniczki. A nawet gdyby tak się nie stało — cóż z tego? Rasa ludzka skazana jest na zagładę, podobnie jak każda rasa, która kiedykolwiek pojawiła lub pojawi się w jakiejkolwiek części wszechświata. Naukowcy twierdzą wszak, że wszechświat ekspanduje w nieskończoność i stygnie, a za jakiś czas cała jego materia ulegnie rozproszeniu. Historia nie prowadzi do niczego: wszelkie życie okaże się ostatecznie przemijającym i absurdalnym grymasem na idiotycznej twarzy nieskończonej materii. Gdy słyszę, że mam wierzyć, że to jest dzieło łaskawego i wszechmocnego ducha, muszę odpowiedzieć, że wszelkie dowody wskazują na coś dokładnie przeciwnego. Albo nie ma żadnego stwórcy, albo jest to duch obojętny na dobro i zło, lub wręcz zły. (…) Gdyby Bóg był dobry, pragnąłby uczynić swe stworzenia doskonale szczęśliwymi, a gdyby był wszechmogący, byłby w stanie spełnić to pragnienie. Jednak stworzenia nie są szczęśliwe. A zatem Bóg albo nie jest dobry, albo nie jest wszechmogący — albo też nie jest ani dobry, ani wszechmogący”.

Oto problem cierpienia, ujęty w najprostszy sposób. Aby móc nań odpowiedzieć, konieczne jest wykazanie dwuznacznego charakteru terminów „dobry” i „wszechmogący”, a zapewne również terminu „szczęśliwy”. (…)
Problem pogodzenia ludzkiego cierpienia z istnieniem Boga, który kocha, nie daje się rozwiązać tak długo, jak długo myślimy o miłości w trywialnym znaczeniu tego słowa i patrzymy na świat, jak gdyby człowiek stanowił jego centrum. Tymczasem człowiek nie jest centrum. Bóg nie istnieje ze względu na człowieka. Człowiek nie istnieje ze względu na siebie. Ewangelista powiada: „boś Ty stworzył wszystko, a dzięki Twej woli istniało i zostało stworzone”! Wprawdzie zostaliśmy stworzeni również po to, aby kochać Boga, jednak w głównej mierze po to, aby Bóg kochał nas — abyśmy stali się obiektami Bożej miłości. Prosić Boga, aby Jego miłość zadowoliła się nami takimi, jakimi jesteśmy, to tyle, co prosić, aby Bóg przestał być Bogiem. Ponieważ Bóg jest, czym jest — pewne skazy naszego charakteru muszą, z natury rzeczy, hamować i odrzucać Jego miłość. Skoro jednak już teraz nas kocha, musi zadać sobie trud uczynienia nas bardziej godnymi miłości. Nie możemy nawet pragnąć, w naszych lepszych chwilach, aby Bóg pogodził się z naszymi obecnymi nieczystościami — tak jak żebraczka nie powinna życzyć sobie, aby Król Kofetua cieszył się z jej łachmanów i brudu, czy też pies, który niegdyś nauczył się kochać człowieka, nie powinien pragnąć, aby ów człowiek tolerował w swoim domu kłapiącą zębami, zapchloną i brudną bestię z dzikiej sfory
<<.

*
Mroki i ciemności w chrześcijańskim życiu pięknie rozwiewa Dr Martyn Lloyd Jones w jednej z moich ulubionych książek „Duchowa depresja”. Autor opisuje w niej w jaki sposób wprowadzają nas w depresję i cierpienie różnego rodzaju lęki, użalanie się nad sobą, zbyt wysokie mniemanie o sobie, burze, próby, doświadczenia, a także fałszywa doktryna (zła nauka biblijna), rutyna, legalizm i liberalizm. Ale i odkrywa przed czytelnikiem skuteczne sposoby wychodzenia z depresji, polegając całkowicie na Bożym Słowie i Duchu Świętym.

*
Wielki ładunek emocji znajdujemy w Księdze Psalmów. Dawid był wrażliwym poetą. Wiele razy miał rozdarte serce, można powiedzieć, że miewał stany depresyjne, opisywał to tak:

Zaniemówiłem, zamilkłem, pozbawiony szczęścia, lecz ból mój się powiększył. Rozpaliło się serce moje we mnie, gdy rozmyślałem, zapłonął ogień. Wtedy odezwałem się językiem swoim: Daj mi, Panie, poznać kres mój i jaka jest miara dni moich, abym wiedział, jak jestem znikomy! Oto na szerokość dłoni wymierzyłeś dni moje, a okres życia mojego jest jak nic przed tobą. Tylko jak tchnienie jest wszelki człowiek, choć pewnie stoi. Zaprawdę, człowiek przemija jak cień, Zaprawdę, na próżno się miota. Gromadzi, a nie wie, kto to zabierze. A teraz, czego mam się spodziewać, Panie?” Ps 39,3-8
Ale za chwilę pisze: „W tobie jest nadzieja moja”.

W innym miejscu:
Zmęczyłem się wzdychaniem moim, Każdej nocy zraszam posłanie moje, łzami oblewam łoże moje. Zamroczyło się zgryzotą oko moje. Postarzało się z powodu wszystkich wrogów moich”. Ps 6,7-8
A za chwilę: „Wysłuchał Pan błaganie moje, Przyjął Pan modlitwę moją”.

W innym:
Ogarnęły mnie fale śmierci, A strumienie zagłady zatrwożyły mnie. Więzy otchłani otoczyły mnie, pochwyciły mnie sidła śmierci”. Ps 18,5-6
A dalej czytamy: „W niedoli mojej wzywałem Pana I wołałem o pomoc do Boga mego, z przybytku swego usłyszał głos mój, a wołanie moje doszło uszu jego”.

Jeszcze jedno miejsce:
Zgarbiłem się i pochyliłem bardzo, cały dzień chodzę zasmucony. W biodrach czuję piekący ból - Nie ma niczego zdrowego w moim ciele. Ogarnęła mnie słabość, wielkie przygnębienie, jęk mojego serca przyprawia mnie o krzyk rozpaczy”. Ps 38,7-9
W dalszej części oświadcza: „Tak, wyznam moją winę! Martwi mnie mój grzech (…) Pośpiesz mi z pomocą, Panie, który jesteś moim zbawieniem”!

Natomiast Heman Ezrahita w Psalmie 88 woła:
Panie, dlaczego odtrącasz mą duszę? Dlaczego skrywasz przede mną swoją twarz? Jestem nędznikiem. Od młodości grozi mi śmierć. Budzisz we mnie lęki, przejmujesz rozpaczą. Przewalił się nade mną żar Twojego gniewu, Jestem wyniszczony grozą Twoich gróźb. Cały czas otaczają mnie one jak toń, piętrzą się nade mną wszystkie razem wzięte. Sprawiłeś, że porzucił mnie przyjaciel i druh, z dobrych znajomych został mi tylko mrok”. Ps 88,15-19
Lecz kolejny Psalm, Etana Ezrahity zaczyna się słowami: „Będę wysławiał na wieki dzieła łaski Pana”!

*
Przyjrzyjmy się jeszcze na chwilę bogobojnemu Hiobowi. W krótkim czasie zwaliło się na niego wiele nieszczęść. Najpierw jego dzieci zostały okradzione, potem wszystkie zginęły z powodu zawalenia się budynku, ponadto ogień strawił jego trzodę i służbę, a co zostało, zrabowali i pozabijali wrogowie. Ponadto szatan zabrał mu to, co ludzie uważają za najważniejsze – zdrowie. Ogromna tragedia. Curtis pod wpływem ciężarów nie do zniesienia popełnił samobójstwo, a przybitemu Hiobowi została żona, która doradzała mu bunt, narzekanie, przeklinanie Boga oraz właśnie samobójstwo. Trzeci rozdział księgi Hioba, w którym przeklął dzień swoich narodzin, to obraz jego załamania, rozpaczy i rozczarowania. Jednak znajdują się w tej księdze dwa bardzo ważne, głębokie zdania, które warto sobie rozważyć (oczywiście w kontekście całej księgi):
W trakcie swojego cierpienia Hiob mówi: „Zrozpaczonemu przyjaciel winien co najmniej okruch życzliwości, chociażby ten zaniechał bojaźni Najwyższego”. Jb 6,14
Pod koniec, modli się do Boga: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o Tobie, lecz teraz moje oko ujrzało Cię”. Jb 42,5

*
I wreszcie Król królów i Pan Panów. Jezus Chrystus wziął na siebie cały ciężar grzechu wszystkich ludzi, przez co został oddzielony od Swojego Ojca. Jego depresja, smutek, rozpacz, potężny ból fizyczny i psychiczny i w końcu Jego niezawiniona śmierć – wszystko to stało się kluczem do nadziei, drzwiami do sensu egzystencji, bramą życia wiecznego. On cały czas, dzień po dniu „dźwiga ciężary nasze” (Ps 68,20). „A że sam przeszedł przez cierpienia i próby, może dopomóc tym, którzy przez próby przechodzą”. Hebr 2,18.

Każdy człowiek, nawet najbardziej przybity, albo tym bardziej taki, ma szansę na duchowe narodziny – narodzenie z Ducha Świętego. Kto szuka, znajduje, kto prosi, otrzymuje, a kto puka, temu otworzą (Mat 7,8).

wtorek, 21 stycznia 2025

Czy spowiedź ma sens?

Czy spowiedź w konfesjonale jest jedną z chrześcijańskich opcji wyznawania grzechów Bogu? Czy sakrament czyni człowieka wolnym i czystym? A może jest to praktyka szkodliwa i niebezpieczna?

Śmierć Syna Bożego jest kluczowym wydarzeniem jeżeli chodzi o grzech. A grzech jest największym problemem w historii człowieka. Społecznie i jednostkowo, globalnie i lokalnie, przed wiekami i teraz.

Prawda o przebaczeniu, usprawiedliwieniu i zbawieniu jest prosta. Każdy kto narodził się duchowo, przyjął Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela i potwierdził to chrztem wiary – nie żyje już w niewoli grzechu. Każdy człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, ale dopóki świadomie nie zanurzy się w Chrystusie, grzech będzie nad nim panował. Może zwyciężać siłą woli nad jakimiś nałogami, przyzwyczajeniami, może odnosić sukcesy rozwijając w sobie dobroczynność, uprzejmość, prawdomówność, może być nieskazitelny moralnie i religijnie, lecz ciągle nie będzie w nim nic, co mogłoby podobać się Bogu. Dopiero zmiana myślenia – czyli nawrócenie i świadomy chrzest, który jest prośbą do Boga o nowe sumienie (1Pt3,21) – stają się gwarantem pojednania ze Stwórcą.

Natomiast spowiedź to regularne pompowanie pasażerom dmuchanego dziurawego koła do pływania przez kapitana Titanica, dając im sztuczną satysfakcję spełnionego obowiązku i fałszywe poczucie bezpieczeństwa, zamiast porządnej, dobrze zaopatrzonej tratwy ratunkowej; całkowicie bezpiecznej, choć wśród fal. Titanic płynął 5 dni i utonął, ludzkie życie trwa niewiele dłużej i skazane jest na tragedię, jeżeli w porę nie znajdziesz Tratwy (Rz6,23; Mat24,37-39).

"Cokolwiek zwiążecie na ziemi będzie związane w niebie" Mat18,18

Tylko w dwóch fragmentach w Ewangeliach pojawia się słowo ekklesia (później wielokrotnie pojawia się w Nowym Testamencie) - tłumaczone jako kościół, zgromadzenie, zbór, zebranie, (społeczność) zwołanych; (społeczność) wywołanych; mianowicie w Mat18,15-19 ("jeśliby nie posłuchał, powiedz kościołowi") oraz w Mat16,17-18 ("na tej skale zbuduję mój kościół").Chrystus zakłada swój Kościół na objawieniu Piotra i określa jego duchowy szkielet. Innymi słowy Kościół Pana Jezusa Chrystusa składa się z ludzi powołanych i wybranych - tych, którzy poznali Chrystusa, jako Bożego Syna, doświadczyli przebaczenia i się nawrócili; a podstawą jego działania jest szeroko pojęta hamartiologia (hamartia - grzech). W całej ogólności Kościół ma za zadanie ogłaszać światu, że jest zwycięstwo nad grzechem (ewangelizacja), a we wspólnocie, przez potrójny system upomnień (sam na sam; 2-3 osoby; cała społeczność) może dyscyplinować ludzi pozostających w grzechu. Nie ma tu mowy o mocy spowiedzi, a raczej o Bożym autorytecie duszpasterskim danym wspólnocie, aby wykluczać lub przebaczać.

"A jeśliby ktoś zgrzeszył, mamy Opiekuna u Ojca" 1J2,1

Apostoł Jan w swoich listach mówi o tym, że chrześcijanin czasem upadnie, ale wyznając grzech Bogu otrzymuje przebaczenie. Wierzący ewangelicznie człowiek, napełniony Duchem Świętym nigdy nie trwa w grzechu i nigdy nie powie o grzechu: "to było silniejsze ode mnie, poddaję się". Bóg w Chrystusie przebaczył wierzącemu wszystkie grzechy – te przeszłe i te przyszłe, a ponadto wyzwolił od wiecznego potępienia. Ale to nie wszystko – Bóg oczywiście przebacza każdy wyznany grzech, ale chce człowieka zbawić całkowicie od grzechów. Jeżeli ciągle przychodzę do Boga i ze smutkiem kolejny raz powtarzam Mu, że uniosłem się na brata – Bóg mi oczywiście przebacza, ale czeka aż poproszę Ducha Świętego o uwolnienie, ratunek, o zbawienie z tego czy innego grzechu – raz na zawsze. To niezwykłe zwycięstwo jest dane chrześcijaństwu dzięki śmierci Chrystusa.

„Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugim i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego” Jk5,16

Patrząc na szerszy kontekst, główna myśl wynikająca z listu Jakuba 5,14-18 niewiele ma wspólnego z katolicką spowiedzią. Jakubowi chodzi o troskę i bliskie więzi członków lokalnej wspólnoty, o wzajemną odpowiedzialność, o dzielenie się problemami, ciężarami, o zainteresowanie i współczucie, o mądre, dyskretne i roztropne usłużenie, gdy widzimy, że ktoś ma coś na sumieniu, o szczerość w relacjach, gdy przeciw komuś zgrzeszę oraz o dojrzałość, gdy kogoś wysłuchuję.

„Jeśli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jest wierny i sprawiedliwy, aby nam przebaczyć grzechy i oczyścić nas z wszelkiej nieprawości” 1J1,9.

Komentarz do NPD nawet dość ciekawie wyjaśnia czym jest wyznawanie:

>>W zdaniu tym mamy istotny warunek: „Jeśli jednak zgadzamy się z Bogiem w kwestii naszych grzechów...” inni tłumaczą „Jeśli wyznajemy nasze grzechy”, gdzie słowo „wyznajemy” jest tłumaczeniem gr. homologeo, które oznacza pełne zgodzenie się z czyjąś opinią, zgodne z kimś mówienie, potwierdzenie czegoś. Chodzi więc o zgodzenie się z Bogiem w tym, co On nazywa grzechem. Niestety, współczesne popularne rozumienie greckiej frazy „wyznawać grzechy” nie oddaje w pełni uznania przez człowieka swojej grzeszności. W powszechnym przekonaniu podkreśla fakt przekazania komuś informacji o swoim grzesznym zachowaniu lub postępku. Jednak nikt przecież nie może powiedzieć (wyznać) Bogu czegoś, czego On sam by wcześniej już nie wiedział. Nie możemy Go niczym zaskoczyć ani wyjawić Mu jakiejkolwiek choćby najmroczniejszej tajemnicy, której On by nie znał. Gdy grzeszymy, On doskonale wszystko widzi, nawet jeśli czynimy to tylko w głębi naszego serca. Homologeo zaś zwraca uwagę na to: (1) Czy zgadzamy się z Bogiem, że grzechem jest to, co On uważa za grzech i przyznajemy Mu słuszność, ponieważ to On definiuje, co jest święte, a co grzeszne, co jest światłością, a co ciemnością; (2) czy zgadzamy się z Bożym sposobem rozwiązania problemu naszego grzechu, a więc z tym, że jedynym rozwiązaniem problemu naszego grzechu jest krew Jezusa przelana na krzyżu. Do rozwiązania tego nie jesteśmy wstanie dodać czegokolwiek, gdyż Jego ofiara jest jedyną skuteczną i w pełni wystarczającą ofiarą za grzech; (3) czy zgadzamy się z Bogiem że wynikająca z grzechu krzywda powinna zostać naprawiona i naprawiamy to, co zostało zniszczone, o ile jest to jeszcze w naszej mocy; (4) czy zgadzamy się z Bożym stosunkiem do grzechu, a więc odrzuceniem grzechu, odłączeniem się od niego. Chodzi tu o znienawidzenie zarówno samego grzechu, jak i wszystkiego, co do niego prowadzi. Te cztery elementy zgodzenia się z Bogiem są istotą terminu homologeo. We współczesnym języku być może lepszym terminem niż „wyznanie grzechu” byłoby wręcz określenie: „homologowanie się wg Bożych standardów” lub „uzyskanie Bożej homologacji”. Wprowadzona w VI w. przez mnichów iroszkockich indywidualna spowiedź w konfesjonale (a więc w miejscu konfesji, czyli wyznania) wraz z ustalonymi przez nich księgami zawierającymi taryfy pokutne, zupełnie nie oddawały sensu homologeo.<<

„Którym odpuścicie są im odpuszczone” J20,22

Czy pośrednik w wyznaniu grzechów jest niezbędny? Wielokrotnie w Starym Testamencie czytamy o modlitwach Dawida, Nehemiasza, Ezdrasza, Daniela skierowanych bezpośrednio do Boga. Tym bardziej Nowy Testament uczy o tym, że nie ma żadnego pośrednika do Boga, poza Chrystusem (Dz 4,12 oraz 1Tm 2,5-6). „Któż może grzechy odpuszczać oprócz jednego, Boga?” Mk 2,7b. Słowa o odpuszczaniu z Ewangelii Jana 20,22 są skierowane do uczniów, a nie do wybranych, szczególnych ludzi. Nie ma żadnego uzasadnienia biblijnego urzędu kapłana mającego moc odpuszczania, a raczej nowotestamentowe chrześcijaństwo jest kapłaństwem Chrystusowym – każdy duchowo odrodzony człowiek jest kapłanem (1Pt2,9). Ewangelia Łukasza 24,47 bardziej precyzuje fragment z J20,22 – „w imię Jego będzie głoszone nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom”. Sens i idea tego fragmentu jest głównym przesłaniem Ewangelii – dobrej nowiny dla całego świata. Wcześniej to było niemożliwe, ale teraz każdy ma możliwość pojednania się z Bogiem, odpuszczenia wszystkich win, życia w bliskiej, zażyłej relacji z Jezusem i Jego Kościołem, takim kościołem który oparty jest całkowicie na Bożym Słowie. „O nim to świadczą wszyscy prorocy, iż każdy, kto w niego wierzy, dostąpi odpuszczenia grzechów przez imię jego” Dz10,43.

Główne nieporozumienie, niebezpieczeństwo i problem tkwi w tym, że mało kto jest świadomy swojej grzeszności, a katolicka spowiedź, której obowiązek nakazano w XIII w. niezdrowo uspokaja wadliwe sumienia i nie czyni człowieka ani odrobinę świętym, czystym, czy wolnym; ponadto fałszywa idea czyśćca wprowadzonego w VI w. i zdefiniowana w XIII w. oddala od przesłania Pisma Świętego bezczelnie wprowadzając w kłamstwo, że jeszcze jest szansa w zaświatach na jakieś zmiany wyroku.

Jedyna możliwość przebaczenia i życia wiecznego jest w Chrystusie, ten niezwykły dar można otrzymać tu i teraz, jest to przedziwna i przepiękna wiadomość. Dzięki Bogu za to, że przez te ponad dwadzieścia wieków posyłał Ducha Świętego, który uświadamiał wielu ciężar ich grzechu i ich beznadziejną sytuację oraz umożliwiał im nawrócenie. Jeszcze przez jakiś krótki czas będzie się to działo.

„Kto uwierzy i zostanie ochrzczony będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” Mk16,16.

***

Ps. Chciałoby się doświadczyć takiego aplauzu na temat prostych podstaw nauki apostolskiej o zbawieniu z grzechu jaki wybuchł podczas ogłoszenia prezydenta Trumpa, że są tylko dwie płcie. Nie stanie się tak, ponieważ Królestwo Boże nie jest z tego świata (J18,36) i przychodzi niedostrzegalnie (Łk17,20).

czwartek, 12 grudnia 2024

Miłość Najwyższa (recenzjo-esej)

Mija właśnie równo 60 lat od napisania pięknego poematu poświęconego Bogu – Psalmu Johna Coltrane’a oraz nagrania jednego z najsłynniejszych albumów jazzowych w historii świata przez tegoż saksofonistę – „A Love Supreme”.

Właśnie też przeczytałem książkę (jedyną w języku polskim o nim) - nie do zdobycia poza niektórymi bibliotekami -„Coltrane według Coltrane’a” w znakomitym przekładzie Filipa Łobodzińskiego. Prawie 500 stron i tylko trzy literówki ;). Jest to zbiór wywiadów ledwie zarysowujący sylwetkę artysty. Może trzeba by było przeczytać z dziesięć książek o nim, żeby cokolwiek go poznać. Jednak cytując co ciekawsze wypowiedzi pokuszę się o kilka wniosków.
Od młodości słucham Coltrane’a i nigdy mi się nie znudził. Jego muzyka skłania do zadumy, ożywia, łamie schematy, jest pełna ognia, ekspresji i wirtuozerii, ale ze smakiem, czasem minimalistyczna, inspiruje do pięknego życia.

Trane – jak o nim mówią – urodził się w chrześcijańskiej rodzinie w 1926r., miał dwóch dziadków pastorów metodystycznych. Jego talent dość szybko został zauważony i dość szybko grał ze sławami i sam stał się sławny. Po drodze uzależnił się od heroiny i alkoholu, a w 1957r. przeżył duchowe przebudzenie, dzięki czemu przezwyciężył nałogi i oddał się intensywnej pracy twórczej. Dwukrotnie żonaty, trójka dzieci z drugą żoną – Alice. Zmarł niespodziewanie w wieku 40 lat na raka wątroby. Drugi syn - Ravi – nosi imię na cześć Ravi Shankara – w którego sitarze zasłuchiwał się John. (Ravi z zespołem odwiedzi nasz kraj w marcu przyszłego roku).

W mojej ocenie najważniejszym epizodem w życiu Coltrane’a jest fakt, że za swoją twórczość publicznie oddał chwałę Bogu. Oprócz Psalmu pochwalnego, całą płytę „A Love Supreme” ofiarował Bogu. Oczywiście, że można się czepiać duchowego poznania, znajomości Biblii, tego, że był też otwarty na różne tradycje, że „studiował Koran, Biblię, kabałę i astrologię z równą szczerością”, że zajmował się także hinduizmem, Jiddu Krishnamurtim, historią Afryki, naukami filozoficznymi Platona i Arystotelesa oraz buddyzmem zen. Jednak bardzo podoba mi się jego uniżenie przed Bogiem – niewielu artystów stać na coś takiego.

Pierwsza rozmowa z poniższych fragmentów książki (nagrywana bez wiedzy Johna) daje pewne światło w kwestii jego światopoglądu, wątpliwości, rozczarowań, poszukiwań, motywacji i celów. Być dobrym (świętym) i dawać dobro, aby cały świat był dobry i szczęśliwy. Trochę naiwnie próbował znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich religii, szukał zjednoczenia i pojednania. Wiele trafnych spostrzeżeń co do hipokryzji, co do szukania podstaw, filozofowania. Wiele takich dialogów już słyszałem w biografiach znanych punkowców, reggae’owców, rockowców, hippisowców. A teraz czytam z zaciekawieniem rozmowy Trane’a.

Idea oddzielania tego co nas dzieli, na dłuższą metę ma krótkie nogi. Nie da się uczynić raju po tej stronie życia. Chrystus przyszedł do swoich, ale oni Go nie przyjęli, i dzisiaj również jest niemile widziany w tym świecie. Sam niejednokrotnie mówił, że prawdziwi uczniowie będą prześladowani, że powstanie naród przeciwko narodowi, że niewielu znajduje tę drogę; apostołowie nie raz przestrzegali: nie dajcie się zwieść, uważajcie na takich i takich ludzi, wiara nie jest rzeczą wszystkich, cały świat jest w mocy złego! Zatem tendencje i idee zjednoczeniowe wspólnej religii dla wszystkich, wspólnego rządu, zawsze mają na celu podporządkowanie jednych kosztem drugich. Rozumiem i cieszę się z takich rozmów o szukaniu jedności i prawdy, jeżeli są szczere, ponieważ świadczą one o tym, że każdy człowiek ma w sobie cząstkę Boga i w jakiś swój sposób Go rozumie. Warto więc nie zaniechać szukania Prawdy i Miłości – tej Najwyższej, nie zadowalając się podróbkami, martwymi kultami i uciekając od niebezpiecznych religii. Bóg jest niezwykle łaskawy – dał się poznać przez Chrystusa – zostawił ludzkości swoje Słowo – obietnice nie bez pokrycia. To właśnie On jest drogą, prawdą i życiem, poza Nim wszystko prowadzi na manowce, jest fałszywe i martwe. Nie da się tych dwóch grup zjednoczyć. Jego Królestwo to sprawiedliwość, pokój i radość! A świat z natury jest skażony i zmierza do upadku całkowitego. „Starajmy się więc poznać, usilnie poznać Pana; że go znajdziemy, pewne jest jak zorza poranna, i przyjdzie do nas jak deszcz…” Oz 6,3. Dzisiaj ludzkość szuka różnych odpowiedzi i radzi się sztucznej inteligencji, a Bóg nie jest sztuczny, Jego Słowo ma moc zmienić wszystko i każdy kto prosi może otrzymać dar życia wiecznego.
Zatem jak mawiał Trane: Zaiste, tak właśnie jest: „szukajcie, a znajdziecie”.

***
1958r.

Blume: Zanim zainteresowałeś się filozofią i...
Coltrane: Coś ci powiem...
Blume: ...zanim zacząłeś myśleć o filozofii, to co...
Coltrane: Już ci mówię. Zaczęło się chyba od religii. [nieczytelne|
A potem zacząłem kwestionować religię. Tak się wszystko rozpoczęło. Wiesz, przyszedł taki wiek, kiedy zacząłem zastanawiać się nad różnymi sprawami.
Blume: John, w jakiej wierze zostałeś wychowany?
Coltrane: W kościele metodystów.
Blume: Metodystów? Prowadziliście surowe życie religijne czy…
Coltrane: Dosyć, nie było bardzo surowe, ale owszem, raczej tak. Mój dziadek, obaj moi dziadkowie byli pastorami, Matka była bardzo religijna. W dzieciństwie na przykład co niedziela chodziłem do kościoła i w ogóle, byłem pod dużym wpływem dziadka - to był dominujący cizio w rodzinie. Był najbardziej oblatany, działał w polityce. Więcej działał niż mój ojciec, krawiec, ale on [ojciec] w ogóle niewiele się odzywał. Pilnował swojego interesu, tyle, kapujesz? Za to z dziadka to był kawał bojownika. Zakręcony politycznie i w ogóle. Jego terenem była religia. Czyli tak właśnie dorastałem, w czymś takim. I jakoś to akceptowałem, wczuwałem się w te sprawy. I dopiero jak już dobiegałem dwudziestki, to się trochę zacząłem wyłamywać. Dorastałem, to i zacząłem kwestionować różne rzeczy, które napotykałem w religii. Zacząłem się zastanawiać. Jakieś dwa, trzy lata później, kiedy miałem ze dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata, pojawił się islam. Zapoznano mnie z tym. Normalnie szok. Wiesz, mnóstwo moich kolegów przerzuciło się na islam. No nic, sporo o tym myślałem, doszedłem do punktu, do którego nigdy wcześniej nie dotarłem — do innej religii, nie? Było o czym myśleć.
Ale w końcu nic z tym nie zrobiłem. [chichot] Tylko sobie rozmyślałem. Miałem kupę innych zajęć i po prostu wyleciało mi z głowy. Chyba dałem sobie z tym spokój na ładnych kilka lat. Nawet nie próbowałem do tego wracać. I dopiero ostatnio uznałem - wiesz, zacząłem się przyglądać, co ludzie w ogóle uważają, czujesz? Bo zdałem sobie sprawę, że właśnie ja jestem na tym etapie. Dlatego właśnie zaczęły się u mnie te tematy. Nie poświęcam temu tyle czasu, ile bym chciał, nie nauczyłem się, nie ogarnąłem takiego obszaru, jaki by należało. Chciałbym ogarnąć więcej. Chciałbym zebrać myśli w jakieś spójne coś, co miałoby ręce i nogi. Byłem religijny, zawsze - i poczułem wielkie rozczarowanie, kiedy okazało się, jak dużo jest religii i jak...
Blume: Rozczarowany?
Coltrane: No...
Blume: Na jakiej zasadzie?
Coltrane: Nie tyle rozczarowany — ach, diabli wiedzą. Jak się okazało, że jest tyle tych religii i że niektóre stoją w opozycji do innych i tak dalej, to mi zlasowało łeb [śmiech]. No i nie wiem. Miałem mętlik. Nie umiałem przyjąć, że każdy - że jakiś jeden tylko koleś akurat ma rację. Bo jeżeli on ma rację, to jakiś inny musi być w błędzie, nie?
Blume: Jeśli ją naprawdę ma.
Coltrane: I na odwrót, co nie?
Blume: A może jest szansa, że wszystkie te istniejące religie jakoś tam są ze sobą powiązane? Wiesz, nieważne, co tam jeden mówi czy myśli, chodzi mi o to, że podstawowe sprawy w jednej religii są wspólne z podstawowymi sprawami w religii, w którą wierzy ten drugi koleś, te z kolei z następnymi i tak dalej. I że wraz upływem czasu kolejni ludzie coś wymyślali i przekonywali, że ja mam rację, a ty nie masz racji, bo ty mówisz o sobie tak, a ja mówię tak. I że to ludzie tak naprawdę zmienili, że tak powiem, postać religii, ale podstawowe rzeczy są ciągle wspólne, co?
Coltrane: Jasne, myślę, że wspólne rzeczy jakoś ludzi w końcu zjednoczą. Gdyby tylko można - gdyby ktoś powiedział raz a dobrze: „No, zjednoczmy się”.
Blume: Innymi słowy, wolałbyś jedną powszechną religię zamiast tych wszystkich różnic, gdzie jeden gość szarpie drugiego tylko z powodu innej wiary...
Coltrane: Tak, tak powinno być. Powinno być coś takiego.
Blume: ...że podstawowe sprawy są dla wszystkich wspólne i że powinni się zjednoczyć.
Coltrane: Tak, chyba tak być powinno. Dokładnie w ten sposób. Wiesz, kiedy zaczynasz ślęczeć nad książkami, to widzisz, jak różnie ci faceci gadają o tym, co jest „dobre”. Filozofowie [śmiech], kiedy zaczynają mówić o tym, co „dobre”, co „złe”, to wyczyniają z tymi dwoma słówkami najróżniejsze rzeczy. I sprawa może się zrobić bardzo zawiła. A powinna być bardzo prosta, żeby mógł z niej płynąć jakiś pożytek. Żeby naprawdę coś pojąć, musisz sprowadzić to do podstaw. I myślę, że religie to całkiem nieźle załatwiają, mają to załatwione, o ile potrafią się podogadywać, bo ja nie... kiedy mówią, że nauczają dobra, to dla mnie jest w porządku.
Blume: Czy sądzisz, że kiedy już przeczytasz ileś tam książek i zdołasz wchłonąć i przemyśleć to, co w nich jest, to odmieni cię to, odmieni twoje podejście do życia?
Coltrane: Mnie chyba nie zmieni, co najwyżej pomoże mi zrozumieć, czujesz, będę się lepiej orientował w świecie. Pozbędę się trochę niepewności, ale pozostanę sobą.
Blume: Czy twoim zdaniem wielu muzyków odczuwa taką normalną, w sumie, niepewność w związku ze sprawami religijnymi? I że mogliby mieć ochotę, tak jak ty miałeś, żeby trochę więcej z tego wszystkiego zrozumieć, wyczuć, o co w tym chodzi? Czy twoim zdaniem wielu z nich podpada właśnie pod taką kategorię? Rozmawiałeś z jakimkolwiek muzykiem na te tematy?
Coltrane: No więc... według mnie większość muzyków chciałoby poznać prawdę. Tak powinno być, bo ta materia, materia muzyczna, sprowadza się do prawdy. Jeżeli grając, stawiasz jakąś tezę, tezę muzyczną, i jeśli ta teza ma podstawy, to ona z samej swojej istoty niesie prawdę. A jeżeli ściemniasz podczas gry, to wiesz, że ściemniasz [śmiech]. A przecież każdy muzyk zębami i pazurami walczy o to, żeby maksymalnie zbliżyć się do perfekcji. Czyli do prawdy, czujesz. Dlatego żeby tak grać, żeby grać prawdę, trzeba żyć jak najbliżej prawdy. A co do religijności - jak ktoś jest religijny, to według mnie poszukuje dobra, chce wieść dobre życie. I niech sobie mówi, że to jest religijne życie, albo że on sam jest religijny. A może powie: „Prowadzę dobre życie. A ktoś religijny powie o nim: „To religijny facet, prowadzi dobre życie”. I wielu gości myśli o tym, z wieloma na ten temat gadałem.
Blume: A czy przychodzą ci na myśl jacyś faceci, którzy mają poglądy bliższe prawdy niż pozostali? Jacyś, których szanujesz właśnie za poglądy?
Coltrane: No... nie, tak od ręki to nie umiałbym wymienić, nikogo bym nie wyróżniał. A rozmawiałem naprawdę z wieloma Wszyscy muzycy, których znam, czegoś tam poszukują, próbują coś tam osiągnąć. A niektórzy w ogóle nie chcą o tym gadać. Wyglądają na całkiem zadowolonych, może właśnie znaleźli to, co chcieli... nie wiem [chichot].
Blume: To jest bardzo poważna materia, niełatwo się w nią zagłębić.

***
Sam Coltrane nie jest jeszcze pewien, w jakim kierunku zmierza jego muzyka. Jednak ten bezapelacyjnie inteligentny muzyk z pewnością przymierza się do stworzenia muzyki, jakiej jeszcze dotąd nie słyszeliśmy. Mówi się o nim czasem jako o najważniejszym jazzmanie od czasów Birda — zapytałam go więc o to, co sądzi o swoim własnym wkładzie w muzykę jazzową.

„Zasadniczo staram się nie popaść w zastój. Zmierzam to tu, to tam, nie wiem, dokąd zaniesie mnie na kolejnym etapie. Zastój oznaczałby dla mnie, że straciłem zainteresowanie.
Tworzenie muzyki przedstawia ogromną ilość zagadnień. Chociażby pytanie o sens życia jako takiego; o moje życie, w którym w tylu jeszcze aspektach nie dotarłem do ostatecznych rozstrzygnięć; są sprawy, których jeszcze nie zdołałem zamknąć, a trzeba je pozamykać, zanim człowiek zabierze się za tworzenie dźwięków. Do tej mądrości się dorasta.
Jak byłem młody, nie sądziłem, że tak będzie, ale teraz wiem, że przede mną jeszcze długa droga. Może w wieku sześćdziesięciu lat będę już z siebie zadowolony, ale kto to wie... Wiem tylko, że z czasem będę tworzyć z większym przekonaniem. Wiem, że chciałbym tworzyć muzykę piękną, taką, która daję ludziom dokładnie to, czego pragną. Taką, która podniesie ich na duchu, pozwoli im poczuć szczęście - na takich wartościach mi zależy.
Niektórzy mówią: «w twojej muzyce jest pełno gniewu», «męczarni», «uduchowienia», «ta muzyka obezwładnia» czy co tam jeszcze. Najróżniejsze rzeczy. Są tacy, co się czują przy niej błogo — sam w końcu nie wiesz, czego się spodziewać. Muzyk może zrobić jedno — starać się jak najbardziej zbliżyć do naturalnych źródeł i poczuć jedność z harmonią przyrody. Wtedy zrozumie, że stara się je zinterpretować wedle swych najlepszych możliwości, i zechce przekazać to innym.
Co do samej muzyki, co do jej przyszłości, absolutnie nie zmniejszy się siła, z jaką porusza ludzi, jestem przekonany. Będzie nadal wspaniała — albo jeszcze wspanialsza. Ale jeśli zapytać, jak to osiągnie, tego nie wiem. To już zadanie dla ludzi, którzy ją tworzą — oni na pewno będą to wiedzieć!".

***
Próba oceniania języka Coltrane’a za pośrednictwem muzykologii za pomocą dotychczasowej skali wartości – to herezja. Szansę złapania jego sensu mają tylko ci, którzy pozostaną wierni jego duchowi, a nie literze, jego intencjom, a nie jego słownikowi - ponieważ ten ostatni na razie nie ujawnił nam jeszcze większości swoich tajemnic. Jeżeli szczęśliwie zdołamy dostrzec całe piękno Coltrane’owskiej improwizacji i damy się mu ponieść lub chociażby pojąć tę pewność siebie i oszałamiającą konsekwencję, dyscyplinę graniczącą z ascezą, coraz subtelniejsze podejście, które wbrew pozorom jest prawdziwą istotą muzyki, a wreszcie zdolność do wyrażenia bólu, w naszym stuleciu obecną zaledwie w kilku dziełach - zatem jeżeli okażemy się wrażliwi na to wszystko i na jeszcze więcej - będziemy mogli towarzyszyć Coltrane’owi w jego pochodzie do przodu. Jeżeli zaś nie, zapewne nigdy go nie dogonimy. Sami musimy się z nim skonfrontować, nadzy, bez naszych nawyków, uprzedzeń, wspomnień. W nagrodę otrzymamy tyle, na ile zasłużymy. Wygląda na to, że sam Coltrane jeszcze nie wie, jak daleko zdoła dotrzeć. Zaufajmy mu. Nawet jeśli znajdzie się w impasie, my zachowamy przynajmniej wspomnienie nadzwyczajnej, inspirującej podróży pośród krajobrazów, których istnienia bez jego pomocy nawet byśmy z pewnością nie podejrzewali.

***
Coltrane: Łatwo jest wyjść na scenę i oznajmić: „Mam tu dla was przesłanie”, wyrazić to wszystko słowami, ale kiedy posługujesz się muzyką jako środkiem wyrazu ,to już nie jest tak prosto. Ale mimo to nie należy się izolować.
Nasze głębokie emocje powinny być publiczności zakomunikowane. Faktem jest jednak, że nie zawsze mam pewność, czego ludzie oczekują, staram się odgadnąć, ale boję się, że nie zgadnę. A zresztą - czy każdy z nas pojedynczo chce tego samego, czego jego bliźni? Chcąc mieć pewność, że dotarłem do jak najszerszej liczby ludzi, układam teraz program bardzo zróżnicowany, dzięki czemu mogę operować na jak największym obszarze emocji. Tak zwiększam szanse na to, że przemówię do większości, a sam pozostaję sobą i przez to jestem coraz lepszy. Bez wątpienia każdy ma swoje własne preferencje. Chciałbym móc obdarzyć ludzi czymś, co można by nazwać szczęściem. Cudownie byłoby znaleźć sposób na to, że jeśli chcę, żeby padało, to zaczyna padać. Gdyby mój przyjaciel zachorował, ja mógłbym zagrać melodię, po której on poczułby się lepiej. Gdyby nagle stracił wszystko, mógłbym zagrać coś innego, dzięki czemu on odzyskał potrzebne mu pieniądze. Ale wciąż nie wiem, co to są za utwory i jak można by je rozpoznać. Wciąż nie znamy prawdziwej potęgi muzyki. Myślę, że ambicją każdego muzyka powinna być chęć kontrowania tej potęgi. Fascynuje mnie wiedza o tych nieznanych siłach, Chciałbym umieć wywołać u publiczności reakcje, wywołać określoną atmosferę. W takim kierunku chcę podążać i dotrzeć jak najdalej. Ufam, że to, czego dotąd dokonałem, stanowi początek tej drogi.

***
Nie tylko Bell Telephone już sposobi się na Przyszłość: Coltrane także. [...] Oglądanie i słuchanie Johna Coltrane’a bezpośrednio to jakby spoglądanie od razu w rok 1984. Jego sugestywne, powykręcane frazy przypominają krzyki grzeszników, którzy już wiedzą, że stoją u wrót piekielnych.

***
Tekst na okładce „A Love Supreme”

W swoich osobistych refleksjach na okładce pomnikowego albumu „A Love Supreme” Coltrane pisze, że „Psalm” to „temat «Najwyższej Miłości» opowiedziany językiem muzyki”. Wedle szczegółowej analizy dokonanej przez Lewisa Portera” w książce John Coltrane: His Life and Music (na stronach 244-249) Coltrane gra swój wiersz na saksofonie - pierwszy zwrócił uwagę na ten fakt Doug Pringle” w piśmie „CODA” w numerze z października-listopada 1965: „[W] «Psalmie» [...] Coltrane [..] podkłada muzykę pod tekst z tyłu okładki, fraza po frazie, niczym w liturgicznej monodii. Prawdziwą siłę muzyki można poczuć dopiero, kiedy wraz z nią śledzi się słowa. Niezwykła jest wokalność gry Coltrane’a - w tym kontekście znalazł on najlepszy sposób, by przekazać słuchaczom swoje odczucia w związku z wartościami duchowymi, jakie napotkał w swym życiu muzyka” („CODA” strona 32).

DROGI SŁUCHACZU, Wszelka Chwała Bogu, bo Jemu Wszelka Chwała Się Należy.

Podążajmy za Nim drogą prawości. Zaiste, tak właśnie jest: „szukajcie, a znajdziecie”. Przez Niego bowiem tylko zaznamy cudowniejszej schedy. W 1957 roku za sprawą Bożej łaski doświadczyłem przebudzenia duchowego, dzięki któremu doszedłem do życia bogatszego, pełniejszego i bardziej twórczego. Zdjęty wdzięcznością, błagałem podówczas pokornie, ażeby dane mi były środki i przywilej, by móc nieść ludziom szczęście. Czuję, że stało się tak za sprawą Jego łaski. WSZELKA CHWAŁA BOGU.

Czas mijał, mijały zdarzenia, a we mnie trwał okres niezdecydowania. Osiągnąłem fazę sprzeczną z mym błaganiem, oddalałem się od tak drogiego celu. Szczęśliwie jednak, z pomocą nieomylnej a miłosiernej ręki Bożej, przejrzałem i na nowo pobrałem naukę o WSZECHMOGĄCYM, o tym, że Go pragniemy i od Niego zależymy. I obecnie pragnę wam powiedzieć, że NIEZALEŻNIE OD WSZYSTKIEGO... WSZYSTKO JEST U BOGA. ON JEST ŁASKAWY I MIŁOSIERNY. JEGO ŚCIEŻKĄ JEST ŚCIEŻKA MIŁOŚCI, W KTÓREJ WSZYSCYŚMY SKĄPANI. ZAPRAWDĘ TO - NAJWYŻSZA MIŁOŚĆ-.
Ten album to skromny dar Jemu ofiarowany. Próba powiedzenia „DZIĘKI CI, BOŻE” za pomocą naszej muzyki, jednako z tym, co wyrażamy naszymi sercami i naszymi językami. Oby Bóg wspierał i umacniał wszystkich ludzi we wszelkich ich szlachetnych zamierzeniach.

Muzyka tu zawarta składa się z czterech części. Pierwsza nosi tytuł „DZIĘKCZYNIENIE”, druga „POSTANOWIENIE”, trzecia „DĄŻENIE”, czwarta zaś i ostatnia to opowiedziany językiem muzyki temat „NAJWYŻSZEJ MIŁOŚCI”, wpisanej w całe to dzieło, a nosi ona tytuł „PSALM”.

Na zakończenie pragnąłbym podziękować muzykom, którzy swoje niezwykłe talenty zaangażowali w powstanie tego albumu i wiele poprzednich przedsięwzięć.
Elvinowi, Jamesowi i McCoyowi chciałbym podziękować za to, co dajecie z siebie, ilekroć gracie na swych instrumentach A także Archie’emu Sheppowi (saksofoniście tenorowemu i Artowi Davisowi (kontrabasiście) — wzięli oni udział w nagraniu utworu, który niestety tym razem nie trafi na płytę - przyjmijcie wyrazy mojej wielkiej wdzięczności i podziwu dla wasze twórczości, dawniejszej i obecnej. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości zdołamy rozwinąć dzieło, które tu dopiero rozpoczęliśmy.
Dziękuję producentowi Bobowi Thieleowi, naszemu realizatorowi Rudyemu Van Gelderowi i personelowi wytwórni ABC -Paramount. Wyrazy wdzięczności i podziękowania niech przyjmą wszyscy ludzie dobrej woli i dobrej roboty na całym świecie, albowiem w banku życia nie ta inwestycja jest dobra, która przynosi najwyższe i najbardziej upragnione dywidendy.

Obyśmy nigdy nie zapominali, że w pełnym słońcu życia, w czas burz i podczas deszczu — wszystko jest poprzez Boga - na wszelkie sposoby i po wsze czasy.
WSZELKA CHWAŁA BOGU. Z wyrazami miłości i podziękowania, [podpisane] John Coltrane

„Najwyższa Miłość”

Zrobię wszystko, co w mej mocy, by zasłużyć na Ciebie O Panie.
Wszystko temu służy.
Dzięki Ci Boże.
Pokój.
Nie ma nic więc).
Bóg jest. To takie piękne.
Dzięki Ci Boże. Bóg jest wszystkim.
Pomóż nam przegnać nasze lęki i słabości.
Dzięki Ci Boże.
W Tobie wszelka rzecz możliwa jest.
Wiemy. Tak nas stworzył Bóg.
Wpatruj się w Boga.
Bóg jest. Zawsze był. Zawsze będzie.
Cokolwiek się dzieje... to czyni Bóg.
Jest łaskawy i miłosierny.
Najważniejsze jest to, że Cię poznałem.
Słowa, dźwięki, mowa, ludzie, pamięć, myśli, lęki i emocje - czas - wszystko się wiąże... wszystko z jednego pochodzi... wszystko w jednym powstało
Błogosławione niech będzie imię Jego.
Fale myśli - fale ciepła - wszelkie drżenia - wszelkie ścieżki prowadzą do Boga. Dzięki Ci Boże.
Jego droga... jest tak piękna... jest łaskawa.
Jest miłosierna - dzięki Ci Boże.
Jedna myśl milion drżeń może sprawić, a wszystkie powrócą do Boga - jak wszystko.
Dzięki Ci Boże.
Nie lękaj się... wierz... dzięki Ci Boże.
Tyle jest cudów we wszechświecie. Bóg jest Wszystkim.
Jego droga... jest tak cudowna.
Myśli - czyny - drżenia itd.
Wszystkie one wracają do Boga, a on wszystko oczyszcza.
Jest łaskawy i miłosierny... dzięki Ci Boże.
Chwała Bogu... Bóg jest tak żywy.
Bóg jest.
Bóg kocha.
Obym znalazł akceptację w Twych oczach.
Wszyscyśmy jednością w Jego łasce.
Nasze istnienie jest podziękowaniem Tobie o Panie.
Dzięki Ci Boże.
Bóg otrze wszelkie nasze łzy...
Jak zawsze dotąd.
Jak zawsze odtąd.
Poszukuj Go codziennie. Na wszelkie sposoby poszukuj Boga codziennie.
Bogu śpiewajmy wszystkie pieśni.
Któremu należy się cześć... czcijmy Boga.
Żadna droga nie jest łatwa, ale wszystkie wiodą znów do Boga.
Bogiem dzielimy się ze wszystkim.
Wszystko jest poprzez Boga.
Wszystko jest poprzez Ciebie.
Bądź posłuszny Bogu.
Błogosławiony jest.
Jesteśmy z jednego... z woli Boga... dzięki Ci Boże.
Widziałem Boga - widziałem bezbożnych - nic nie jest większe - nic się Bogu nie równa.
Dzięki Ci Boże.
On stworzy nas na nowo... jak zawsze dotąd i zawsze odtąd.
To prawda - błogosławione Imię Jego - dzięki Ci Boże.
Bóg całą pełnią tchnie przez nas... delikatnie, że prawie nie czujemy… a wszak to jest nasze wszystko.
Dzięki Ci Boże.
EUFORIA - ELEGANCJA – EGZALTACJA –
Wszystko od Boga.
Dzięki Ci Boże. Amen.


John Coltrane - grudzień 1964

***
- Pańska ostatnia płyta powstała „na chwałę Boga”. Dlaczego?
Coltrane: Kilka lat temu odzyskałem dawną wiarę. Bo już parokrotnie ją zyskiwałem i traciłem. Wychowałem się w rodzinie religijnej, noszę to ziarno w sobie i w pewnych sytuacjach odnajduję wiarę. To wszystko wiąże się z tym, jak się żyje.
- Religia pomaga panu w życiu i w graniu?
Coltrane: Ona jest dla mnie wszystkim. Muzyka to forma wyrażenia Bogu moich podziękowań.


***
***
Ciekawostki:

Utwór Psalm można sobie przeczytać (lub zaśpiewać) po angielsku stosownie do akcentów i melodii saksofonu Johna tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=BmbWRZfOgwc&t=1s

Po śmierci Coltrane'a, zgromadzenie o nazwie Yardbird Temple w San Francisco zaczęło czcić go jako wcielonego Boga. Grupa została nazwana na cześć Charliego „Yardbirda” Parkera , którego utożsamiali z Janem Chrzcicielem . Zgromadzenie przyłączyło się do Afrykańskiego Kościoła Prawosławnego ; wiązało się to ze zmianą statusu Coltrane'a z boga na świętego. Powstały w ten sposób Afrykański Kościół Prawosławny św. Jana Coltrane'a w San Francisco jest jedynym afrykańskim kościołem prawosławnym, który włącza muzykę Coltrane'a i jego teksty jako modlitwy do swojej liturgii.

piątek, 15 listopada 2024

Preludium…

… to instrumentalna forma muzyczna, która jest wstępem do większego dzieła muzycznego. Doczesność jako Preludium Wieczności? Oczywiście! Są różne preludia – krótsze lub dłuższe, spełnione lub nieudane, złote lub słomiane, lecz nie są tym utworem głównym, właściwym, docelowym. Są ledwie cieniem, szkicem, pyłkiem lub suchym liściem wskazującym, że jest jakieś drzewo.

Są też preludia jako krótkie, samodzielne utwory instrumentalne powstałe w okresie romantyzmu. Tego typu twórczość zaprezentował jako pierwszy Fryderyk Chopin. Jest dużo piękna w takich miniaturach, jednak symbolicznie, traktowanie preludium jako części głównej, jako niezależnej i skończonej formy, zawężanie utworu do li tylko kulturowego preludium, jest lekceważeniem zamysłu Autora. Jakkolwiek brzmi to delikatnie, natchniony Tekst przekazuje to perfekcyjnie:

„Przyjście Człowieka bezprawia dokona się zgodnie z działaniem całej mocy szatana. Towarzyszyć mu będą znaki i fałszywe cuda, a w przypadku tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości Prawdy, dzięki której mogli dostąpić zbawienia, da o sobie znać cała zwodniczość niesprawiedliwości. Właśnie dlatego Bóg wystawia ich na działanie oszustwa. Czyni to, aby uwierzyli kłamstwu, i aby przez to zostali osądzeni wszyscy, którzy odrzucili prawdę, a znaleźli upodobanie w niesprawiedliwości” 2Tes2

„Jeśli Chrystus jest naszą nadzieją tylko w tym życiu, to jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej godni pożałowania” 1Kor15

„Nasze życie rozciąga się na lat siedemdziesiąt, A jeżeli starczy sił, to na lat osiemdziesiąt. Co ich chlubą? Trud i znój. Tak. Błyskawicznie przemijają, a my — odlatujemy” Ps 90

„Czym jest wasze życie? Jesteście jak mgła, która pojawia się na chwilę, a następnie znika” Jk 4

Transatlantic - Love Made a Way (Prelude)








*Fotka autorstwa Louis-Auguste Bisson - Ernst Burger: Frédéric Chopin. München 1990, S. 323, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=113046

niedziela, 20 października 2024

Instrukcja

Kupiłem niedawno meble w Ikea i zacząłem je składać. Pomagał mi znajomy - wiekowy i doświadczony stolarz. Sam jestem synem stolarza, ale zawsze unikałem pracy z drewnem z powodu surowości mojego ojca. Mój znajomy chciał zacząć od skręcania podstawy mebla. Jednak zauważyłem, że warto by zajrzeć do ikeowskiej instrukcji. Zaczęliśmy więc od punktu nr 1 – w tym wypadku okazało się, że nie od podstawy tylko od środka. Przed punktem nr 2 znajomy powiedział: na logikę teraz powinniśmy skręcić tamtą półkę. Nie, nie – poczekaj, sprawdźmy w instrukcji – mówię. A tam oczywiście było inaczej niż chciał doświadczony stolarz. I tak jeszcze kilka razy jego logika i doświadczenie przegrywało z prostolinijnym zaufaniem instrukcji. Gdybym chociaż raz go posłuchał – mebel nie zostałby właściwie złożony.

To stare, utarte porównanie instrukcji obsługi do Bożego Słowa kolejny raz daje do myślenia. Osoby, które podają się za przewodników duchowych często nie są tymi za których się lub ich uważają. A logika i doświadczenie tych ekspertów od Boga rzadko idą w parze z Biblią. Stolarz to zawód z tradycjami i czasem intuicja, czy doświadczenie może pokrywać się z punktami instrukcji, chociaż całościowo i tak nie wyjdzie zamierzony mebel. Dobry stolarz stosuje instrukcję w pierwszej kolejności i wspiera się doświadczeniem.

Z Bożym Słowem jest tak, że dopóki Ono nie stanie się żywe i nie zamieszka wewnątrz nawróconego grzesznika – będzie nieznane i obce nawet dla najbardziej religijnej osoby. ”Bo myśli moje, to nie myśli wasze, a drogi wasze, to nie drogi moje – mówi Pan” Iz 55,8. Dopiero skruszony człowiek, który być może wcześniej uciekał od Boga, albo pytał gdzie był Bóg, gdy działo się to lub owo i nie chciał mieć nic z Nim wspólnego – dopiero taki złamaniec rezygnując z siebie i godząc się na Jego wolę doceni wartość Instrukcji.

czwartek, 5 września 2024

Chrzest jak ślub

Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest” Ef 4,5

Gdyby Karol Strasburger w Familiadzie zapytał uczestników: kogo lub co chrzcimy? - na pierwszym miejscu, z największą liczbą odpowiedzi ankietowanych byłoby: dzieci (przynajmniej w naszym kraju). Na kolejnych miejscach pewnie byłyby: paliwo, statek, piwo, Polskę, buty.

Przez stulecia narosło wiele nieporozumień i wypaczeń w sprawie chrześcijańskiego chrztu wiary. „Wraz z zanikaniem elementu osobistego wyznawania wiary, zaczął coraz wyraźniej wyłaniać się element sakramentalno-magiczny. Następowało stopniowe odchodzenie od pierwotnego chrześcijaństwa".* Zmianie ulegają też motywacje. Chrzcimy, aby nie zapeszyć; bo tak chce magisterium; bo jesteśmy posłuszni organizacji; bo co ludzie powiedzą; bo wierzymy w moc obrzędu. Natomiast Bóg ma zupełnie inne zdanie na ten temat.

Tylko jeden chrzest zachowuje ważność w Bożych oczach, chociażby ktoś był chrzczony w różnych religiach X razy. Chodzi o chrzest przez zanurzenie, który następuje po nawróceniu. Przesłanie Ewangelii od czasów Chrystusa nierozerwalnie wiąże się z chrztem. Zarówno poganie jak i Żydzi, którzy mogliby przecież tłumaczyć swoje przywiązanie do Kościoła obrzezaniem, muszą się ochrzcić, jeżeli przeżyli duchowe narodzenie. Tak też działo się przez pierwsze wieki Kościoła. Chrzest nie ma żadnej mocy, jest znakiem, że już coś się stało oraz znakiem, że od tego momentu coś nowego zacznie się dziać. Zatem chrzest wskazuje i poświadcza. Tylko i aż.

Chrzest jest jak ślub – pragnienie, poszukiwanie, wybranie i zakochanie, postanowienie, narzeczeństwo, a potem poświadczenie tego przez publiczny ślub, który oznacza, że nie jesteś już kawalerem/panną i już nim/nią nie będziesz. 
Chrzest to Przymierze, które następuje po nawróceniu – po świadomej, indywidualnej decyzji o poddaniu swojego życia Bogu – wówczas możemy mówić o chrześcijańskim życiu w wierze. Podobnie sama miłość nie czyni małżeństwem związku kobiety i mężczyzny. Małżeństwem są, gdy zawrą Przymierze, pobiorą się i jako dowód otrzymają akt małżeństwa.
Czym się kierują ludzie tworząc, nomen omen, rzymskie związki?
1. Tradycja. Ufają sobie. Znają się dobrze i postanawiają, że będą ze sobą na dobre i złe, i często tak jest do śmierci. Tak było u ich rodziców i dziadków i oni kontynuują tę tradycję.
2. Furtka. Ufają sobie, ale jak się sobą znudzą to znajdą kogoś innego – czasem wiedzą o tym wzajemnie, czasem jest to ukrywane. Symbolizuje to liberalne podejście do Kościoła – Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Kościelni turyści z chrześcijańskimi poglądami.
W obu przypadkach nie możemy mówić o małżeństwie. Życie na kocią łapę w żadnym wypadku nie czyni zakochanych małżeństwem. Pomijam tu przypadki ślepego zauroczenia toksycznym partnerem i świadomego wyboru samotności - choć te grupy ludzi są najliczniejsze.

To niedoskonałe porównanie trzeba uzupełnić o pokutę (bynajmniej nie o taką w powszechnym rozumieniu), opamiętanie - przemianę myślenia (metanoia) poprzedzającą chrzest oraz uznanie autorytetu Słowa - przede wszystkim i nade wszystko.
Sam ślub/chrzest nie powoduje zmiany w sercu - to co istotne, stało się już wcześniej. Ślub bez miłości, bez zakochania lub ślub małych dzieci nie ma sensu, ważności i wartości; chyba że chodzi o kasę. :- )

No a co z nawróconym łotrem na krzyżu? Wyjątek potwierdzający regułę? Tak. Ten przykład potwierdza, że żaden uczynek, ani sakrament, ani człowiek, ani idea nie mogą zbawić ludzkiej duszy. Twórcą nowego życia jest Duch Święty. Łotr umarł, bez wątpienia zbawiony, choć bez chrztu. W jego przypadku oczywistym jest, że gdyby w jakiś sposób przeżył, zostałby ochrzczony.

Zbawienie to najważniejszy temat w historii ludzkości. Dar życia wiecznego, ratunek przed Bożym gniewem i potępieniem można otrzymać nawracając się do Boga i stając się uczniem Pana Jezusa Chrystusa, którego śmierć, pogrzeb, i zmartwychwstanie ilustruje chrzest. W momencie ślubu małżonkowie przestają być stanu wolnego i stają się jednym ciałem aż do śmierci, a chrzest jest pogrzebem dotychczasowego życia, starej natury i pieczętuje decyzję tego, który uwierzył i należy do ciała Chrystusa na wieki.

______________

Nowotestamentowy chrzest wiary nawróconego dorosłego człowieka, przez zanurzenie, jest częścią Tradycji Apostolskiej oraz nauki Ojców Kościoła. Jak doszło do chrztu niemowląt?



***
Na YT utworzyłem playlistę z wykładami na temat chrztu wiary - mówcy z różnych krajów i środowisk - temat ugryziony z różnych stron, ale w tym samym Duchu:


***
podobny artykuł: Chrzest a chrzciny