niedziela, 4 stycznia 2026

Członkostwo - cały czas źle to rozumieliśmy

Książka Jonathana Leemana „Członkostwo w kościele – skąd ludzie mają wiedzieć kto reprezentuje Jezusa?” to bardzo ważna pozycja na rynku literatury chrześcijańskiej. Z jednej strony przywykliśmy w naszym kraju do anonimowości w kościele rzymskokatolickim (choć większość ewangelicznych chrześcijan w Polsce, nie z własnej woli, jest formalnie jego członkami – oficjalna apostazja wymaga oficjalnych dokumentów, choć w tym wypadku nie jest to nikomu potrzebne), a z drugiej strony widzimy aktywne i zorganizowane zbory Świadków Jehowy. A z trzeciej strony – w kościołach protestanckich powiew demokratycznej wolności i rozwój mediów społecznościowych rozwiał chęć identyfikowania się z lokalną wspólnotą. I jak tu ma wykonywać swoją pracę słowo: „Żelazo ostrzy się żelazem, a zachowanie swojego bliźniego wygładza człowiek” (Przyp 27,17). Powróćmy do nauki apostolskiej! – zdaje się wołać autor na kartach książki. Już same tytuły rozdziałów zmuszają do refleksji i zmiany nastawienia. „Cały czas źle to rozumieliśmy”, „Sprawa poważniejsza niż nam się wydaje”, „Jakie są standardy członkostwa”, „Czy członkostwo wszędzie musi wyglądać tak samo?”, „W jaki sposób członkostwo definiuje miłość”… itd.

Zdarzają się wyjątki, kiedy brak członkostwa jest zrozumiały (chwilowo). Na przykład silny strach i opór przed związaniem się z jakąś grupą ludzi z powodu wcześniejszych zranień i nieszczęśliwych doświadczeń w jakiejś sekcie. Albo ktoś przeprowadza się do innego kraju, w którym nie może znaleźć zdrowej społeczności, a jego rodzima się rozpadła. W takich lub podobnych przypadkach nie sądzimy z pozoru, ale wykażemy się troską, delikatnością, wyrozumiałością, cierpliwością i mądrością. Lecz generalnie, chrześcijaństwo to zbory Boże. Bóg przemawia do każdej wspólnoty inaczej, widzimy to w listach do zborów w Księdze Objawienia. Chodząc do kościoła raz tu, raz tam, mijamy się z Bożym przesłaniem dla nas, karmimy się pokarmem przeznaczonym nie dla nas. Przylgnijmy więc do jednej wspólnoty całym sercem. Nawet gdy ktoś z powodu pracy, w zborze jest tylko raz w roku – nie powinien się zrzekać członkostwa, chyba że je przenosi do miasta, w którym pracuje, lub się przeprowadził – to już są indywidualne ustalenia rodzinne. Podobnie student zmieniający miasto na pięć lat – albo zostaje członkiem w nowym mieście, albo w poprzednim. Sławny piosenkarz chrześcijański nie rezygnuje ze swojego zboru (żeby niby nie promować tylko jednej denominacji, bo to rzekomo skłóca fanów – ostatnio taką wypowiedź gdzieś słyszałem), tym bardziej osoby nie chodzące do zboru z powodu ciężkiej choroby – trzymają się swojej wspólnoty, bo wiedzą, że lokalny zbór walczy o nich w modlitwie i opiekuje się nimi.

Chrześcijanin, który oczekuje na przyjście Chrystusa, przez członkostwo dowodzi, że chodzi w pewności zbawienia i miłuje braci; ewangeliczny lokalny zbór Pański oparty na Biblii uznaje członkostwo jako obowiązek i nie ma to nic wspólnego z legalizmem.

Poniżej kilka fragmentów z książki Leemana.
***

Niestety w trakcie tego procesu nabraliśmy tendencji — szczególnie od czasów drugiego wielkiego przebudzenia z XIX w. — do przedkładania roli charyzmatycznych przywódców i nadzwyczajnych ruchów ewangelicznych ponad formalne urzędy kościoła i zwykłe środki łaski. „Szybkie i łatwe” pokonało „sprawdzone i przetestowane”. Gwałtownemu wzrostowi liczebnemu nie towarzyszył równie szybki wzrost w łasce. Jako klucz do sukcesu zaczęto postrzegać konkretne wyniki, a nie formalne struktury. Po drodze wielu z nas dorastało w cieniu ewangelizacyjnego hasła „Nie proszę cię, abyś przyłączył się do kościoła, ale abyś zaakceptował Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela”.
Nie dziwi zatem, że po kilku następujących po sobie tego typu ruchach ewangelicznych „bycie zbawionym” przestało mieć jakikolwiek związek z przyłączeniem się do kościoła. Również obecnie mamy do czynienia z ruchami ewangelicznymi, które usunęły członkostwo w kościele z pola widzenia.
***

Tak naprawdę to nie chcesz czytać książki o członkostwie w kościele. Rozumiem. Może ktoś ci tę książkę podarował. Może zastanawiasz się, czy byłaby przydatna dla innych. Uczciwie mówiąc, temat członkostwa w kościele nie wydaje się szczególnie interesujący. Stajesz się chrześcijaninem i przyłączasz się do kościoła. To w zasadzie wszystko, prawda?
***

Może zaczęliśmy tak rozumieć kościół lokalny ze względu na protestancki nacisk na miejsce głoszenia i sprawowania obrzędów. Może daliśmy się ogłupić myśleniu obecnemu w zachodnich demokracjach, które postrzegają kościoły jako stowarzyszenia wolontariuszy. A może to stuletnia już praktyka bycia konsumentami. Nie wiem. Poniżej jednak przedstawiam niektóre symptomy naszego błędnego myślenia:

- Chrześcijanie mogą sądzić, że nie ma nic złego w przychodzeniu na stałe do jednego kościoła bez konieczności przyłączenia się do niego.
- Chrześcijanie myślą o ochrzczeniu się, jednak bez przyłączania się do kościoła.
- Chrześcijanie przystępują do Wieczerzy Pańskiej bez przyłączania się do zboru.
- Chrześcijanie postrzegają Wieczerzę Pańską jako prywatne, mistyczne doświadczenie wierzących, a nie jako czynność przeznaczoną dla członków Kościoła, którzy zostali włączeni w jedno ciało.
- Chrześcijanie nie integrują swojego codziennego życia z życiem innych świętych.
- Chrześcijanie zakładają, że mogą mieć nawyk nieuczęszczania na nabożeństwa, nie chodzić kilka niedziel z rzędu, miesiąc czy nawet dłużej.
- Chrześcijanie podejmują ważne życiowe decyzje (przeprowadzka, przyjęcie awansu, wybór małżonka itd.) bez rozważania ich skutków dla relacji w kościele lub bez konsultowania ich z pastorami czy innymi członkami społeczności.
- Chrześcijanie kupują domy lub wynajmują mieszkania, nie biorąc pod uwagę, jak odległość czy koszty wpłyną na ich możliwość służenia w kościele.
- Chrześcijanie nie uświadamiają sobie, że są częściowo odpowiedzialni zarówno za duchowy, jak i materialny dobrobyt innych członków kościoła, nawet tych, których nie znają. Gdy ktoś płacze, to w samotności. Gdy ktoś się cieszy, cieszy się w samotności.

Podstawowa choroba, która stoi za tymi symptomami, choroba, która — muszę przyznać - płynie także w mojej krwi, to choroba żywiąca się założeniem, że mamy autorytet, aby wieść nasze chrześcijańskie życie w całkowitej niezależności. Dopasowujemy puzzle z napisem „kościół”, kiedy chcemy i gdzie chcemy.
***

Bycie chrześcijaninem jest jednoznaczne z przynależnością do kościoła. Nikt nie zostaje zbawiony, aby później samotnie błąkać się to tu, to tam, i zastanawiać, czy dołączyć do kościoła czy nie. Ludzie pokutują, a następnie zostają ochrzczeni we wspólnotę kościoła. To działa automatycznie, tak jak bycie adoptowanym oznacza, że natychmiast zasiada się do stołu ze swoimi braćmi i siostrami.
Koncepcja członkostwa w kościele przewija się we wszystkim, co czytamy i słyszymy (…): Barnaba i Paweł przebywali razem w zborze (Dz 11:26); targnął się król Herod na niektórych członków zboru i począł ich gnębić (Dz 12:1); zgromadzili zbór (Dz 14:27). Bycie członkiem kościoła oznacza bycie osobą, która wraz z innymi stanowi kościół.
***

- ciało kościoła oficjalnie uznaje wyznanie wiary i chrzest danej osoby za wiarygodne,
- ciało kościoła obiecuje sprawować nadzór nad uczniostwem tej osoby;
- osoba ta formalnie poddaje swoje uczniostwo pod autorytet i na służbę kościoła i jego przywódców.

Ciało kościoła mówi osobie: „Uznajemy za ważne twoje wyznanie wiary, chrzest i bycie uczniem Chrystusa. Dlatego publicznie potwierdzamy twoją przynależność do Chrystusa i nadzór naszej wspólnoty”. Osoba mówi kościołowi: „Uznając was za wierny, głoszący ewangelię kościół, poddaję moją obecność i uczniostwo waszej miłości i nadzorowi”.
W pewien sposób przypomina to nieco „Tak, chcę”, wyznawane podczas ceremonii ślubnej, dlatego niektórzy mówią o przymierzu z kościołem lokalnym.
***

Czy zaczynasz Już rozumieć, dlaczego nieustannie powtarzam, że nie ma drugiej takiej rzeczy na świecie jak kościół lokalny i jego członkowie? Nasze relacje w kościele lokalnym okażą się w ostateczności silniejsze niż więzy fizycznego ciała, bezpieczniejsze niż objęcie ojca, bardziej jednoczące niż miłość braterska, bardziej wytrzymałe niż kamienny dom, bardziej święte niż kapłaństwo - i długo tak jeszcze moglibyśmy wymieniać.
To właśnie przygotował dla nas Jezus w chwale i to właśnie zaczynamy wcielać w życie już dzisiaj.
***

DWANAŚCIE POWODÓW, DLA KTÓRYCH CZŁONKOSTWO JEST WAŻNE

1. Jest biblijne. Jezus ustanowił kościół lokalny l wszyscy apostołowie służyli przez kościół lokalny. Życie chrześcijańskie w Nowym Testamencie to życie kościoła. Chrześcijanie dzisiaj powinni oczekiwać i pragnąć tego samego.

2. Kościół to jego członkowie. Być kościołem w Nowym Testamencie to być jednym z jego członków (zob. Dzieje Apostolskie). Chcesz być częścią Kościoła, ponieważ właśnie po Kościół przyszedł Jezus, aby go uratować i pojednać ze sobą.

3. To niezbędny warunek Wieczerzy Pańskiej. Wieczerza Pańska stanowi posiłek zgromadzonego kościoła, czyli jego członków (zob. 1Kor 11:20-33). A ty chcesz przystępować do Wieczerzy Pańskiej. To sztandar, który sprawia, że drużyna kościoła jest widoczna dla świata.

4. W ten sposób oficjalnie reprezentujesz Jezusa. Członkostwo jest potwierdzeniem twojego obywatelstwa w Królestwie, paszportem pozwalającym ci na reprezentowanie Jezusa wobec narodów. Chcesz, aby twoje przedstawicielstwo było umocowane. A w związku z tym...

5. W ten sposób deklarujesz, gdzie ślubowałeś swoją najwyższą lojalność. Twoje członkostwo w społeczności, które staje się widoczne, gdy wznosisz sztandar Wieczerzy Pańskiej, to publiczne świadectwo tego, że twoja najwyższa lojalność została oddana Jezusowi. Mogą nadejść próby i prześladowania, ale twoje jedyne słowa to „Jestem chrześcijaninem”.

6. W ten sposób realizujesz biblijne obrazy i ich doświadczasz. To w obrębie struktur odpowiedzialności kościoła lokalnego chrześcijanie żyją i doświadczają połączenia z ciałem Jezusa, duchowej pełni Jego świątyni, a także bezpieczeństwa, intymności i współodpowiedzialności Jego rodziny.

7. W ten sposób służysz innym chrześcijanom. Członkostwo pomaga ci poznać, wobec których chrześcijan na ziemi jesteś szczególnie odpowiedzialny, których masz kochać, ostrzegać, zachęcać i którym służyć. Pozwala ci wypełnić biblijny nakaz, aby brać odpowiedzialność za ciało Chrystusa (np. Ef 4:11-16.25—32).

8. W ten sposób podążasz za przywódcami chrześcijańskimi. Członkostwo pomaga ci poznać, których przywódców chrześcijańskich na ziemi jesteś powołany naśladować i którym jesteś winien posłuszeństwo. Pozwala ci też na wypełnienie biblijnej odpowiedzialności wobec nich (zob. Hbr 13:7.17).

9. Pomaga chrześcijańskim przywódcom wypełniać ich zadania. Członkostwo pomaga przywódcom chrześcijańskim poznać, za których chrześcijan na ziemi są odpowiedzialni (Dz 20:28; 1P 5:2).

10. Pozwala stosować dyscyplinę kościelną. Daje biblijną płaszczyznę do egzekwowania dyscypliny kościelnej z odpowiedzialnością, mądrością i miłością (1Kor 5).

11. Nadaje strukturę twojemu chrześcijańskiemu życiu. Umieszcza wezwanie skierowane do indywidualnego chrześcijanina, aby być posłusznym Jezusowi i Go naśladować, w rzeczywistych okolicznościach, w których faktycznie sprawowany jest nad nami autorytet (zob. J 14:15; 1J 2:19, 4:20-21). To Boży program uczniowski.

12. Powołuje świadków i świadczy narodom. Członkostwo sprawia, że niezwykłe panowanie Chrystusa staje się widoczne dla świata (zob. Mt 5:13; J 13:34-35; Ef 3:10; 1P 2:9-12) W granicach zakreślonych dla członkostwa w kościele zbiera się społeczność, która zaprasza narody do udziału w czymś lepszym. To Boży program ewangelizacyjny.
***
***
***

Sonda o członkostwie

Kilku osobom w różnym wieku zadałem pytania: Jak myślisz, czy członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej to przesada, zbędna formalność, ograniczenie wolności? Czy jest to obowiązek, czy opcja? Czy biblijny wymóg, czy raczej tradycja ludzka? Skąd się biorą alergie na członkostwo i czy są szkodliwe?
***

Joanna: Już w czasach apostołów mamy dobry wzór, gdzie chrześcijanie wiernie gromadzili się na lokalnych zgromadzeniach, co więcej, „mieli wszystko wspólne”, bo u „tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza” - niesamowity przykład jedności. Myślę, że członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej jest dobrowolne, niemniej, w moim rozumieniu i dla mnie, to jedyna opcja, bo jeśli przyłączam się do zboru w oparciu o wiarę w Jezusa, który przecież sam ustanowił Kościół, w dodatku przystaję do społeczności, w której jest zdrowe nauczanie, prawidłowe prowadzenie zboru przez pastora i jego pomocników, gdzie są ludzie drodzy mi jak bracia i siostry, to nie ma pytania czy zostać członkiem zboru, ja chcę nim być!  Ja chcę mieć z nimi jedno serce! Bo utożsamiam się z tym zborem, z poglądami, nauką i wszelkimi działaniami, czuję się w nim jak w rodzinie - w radościach i w smutkach, w trudnych i radosnych sytuacjach, one stają się też moimi. Kiedy jestem członkiem, nie jestem anonimowa, ponadto angażuję się, a angażując się w rodzimym zborze mam wpływ na to jaki ten zbór jest - to trochę tak jak w rodzinie z domownikami. Wydaje mi się, choć to tylko przypuszczenie, że brak członkostwa może prowadzić do luźnego, lekkiego traktowania danej społeczności i np: skakania z kwiatka na kwiatek – dziś jestem tu, jutro pójdę tam, a potem się zobaczy – tak postępujący nie budują niczego, nie angażują się i nie są częścią i co smutne, biorą, a nic nie dają, czy to jest prawdziwe chrześcijaństwo?
Wreszcie za czasów apostolskich chrześcijanie spotykali się po domach i były zakładane zbory, poszczególni wierzący byli członkami danej lokalnej społeczności i "budowali jeden drugiego" (1Tes 5,11). Reasumując, powtórzę: dla mnie nie ma pytania czy być członkiem - to obowiązek, ja dla siebie nie widzę innej opcji :)
***

Andrzej: WSPÓLNOTA dla mnie to rodzina na dobre i na złe. Nie wyobrażam sobie rodziny, gdzie stosunek małżonków jest luźny, tzn. nieformalny i każdy żyje jak uważa sam za stosowne – czyli, tak, jak chce! Odnoszę to również do wspólnoty zborowej braci i sióstr. Jak można uczestniczyć w życiu zboru będąc formalnie poza ZBOREM ? Jest to niemożliwe. Mamy jeden cel, jesteśmy przecież jedno w CHRYSTUSIE i dzięki temu we WSPÓLNOCIE. Inną kwestią jest nasza współodpowiedzialność...Będąc we wspólnocie, jesteśmy z nią na dobre i na złe.
Odpowiadając dokładnie na pytania zadane w ankiecie, uważam, że członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej to nie przesada, nie jest to zbędna formalność, ani ograniczenie wolności - to obowiązek ewangelicznie wierzącego chrześcijanina. Alergie na członkostwo we wspólnocie biorą się z powodu braku odpowiedzialności, zarozumialstwa i zadufania w sobie, czyli cech charakteru, które nie prowadzą do pokoju Bożego.
***

Barbara i Tomasz: Członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej, lub prościej bycie członkiem kościoła, jest istotne, a nawet konieczne dla każdego, kto poważnie traktuje naukę płynącą z tekstów biblijnych. Oczywiście, bycie członkiem musi mieć charakter dobrowolny. Członkostwa we wspólnocie nie należy mylić z formalnościami podobnymi do tych wynikających np. z przynależności państwowej. Musimy także pamiętać o tym, że wszędzie tam gdzie mamy do czynienia z działaniami ludzkimi, w naturalny sposób pojawia się sformalizowane i zorganizowanie działanie wprowadzające pewien ład i porządek, co samo w sobie jest dobre. W przypadku kościoła mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko instytucją czy stowarzyszeniem.
Bycie członkiem wspólnoty chrześcijańskiej, to jest bycie jej częścią, należy traktować jako biblijny wymóg wynikający z nauk samego Jezusa, jak i późniejszych zaleceń i nakazów apostolskich. Przynależności do kościoła nie należy traktować jako tradycję ludzką. Analiza tekstów biblijnych wyraźnie wskazuje, że członkostwo ma charakter imperatywu. O ile to możliwe w danym rejonie geograficznym, każda osoba przyznająca się do chrześcijaństwa powinna w naturalny sposób poszukiwać wspólnoty, do której mogłaby się przyłączyć.
Przysłowiowe „alergie” na członkostwo mają tyle przyczyn ilu jest ludzi. Z pewnością jedną z nich jest chęć posiadania tzw. „wentyla bezpieczeństwa”, czyli możliwości łatwego wycofania się i nieponoszenia konsekwencji za swoje działania.
Czy alergie na członkostwo są szkodliwe? No cóż. Historia kościoła i praktyka życia codziennego wyraźnie wskazują, że tak. Wystarczy wspomnieć chociażby zamęt doktrynalny wprowadzany przez osoby stroniące od kościoła i funkcjonujące jako tak zwane „wolne elektrony”.
Generalnie, postawione pytania zmuszają do głębszej refleksji. Przedstawione tu stanowisko tylko w niewielkim stopniu prezentuje nasze opinie w tych sprawach.
Może kiedyś spotkamy się na kawie i porozmawiamy o tym nieco dłużej.
***

Tymek: Myślę, że członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej nie jest przesadą, zbędną formalnością czy ograniczeniem wolności. Uważam, że jest to coś wartościowego, tak samo jak w przypadku rodziny biologicznej, którą mamy tutaj na Ziemi. Wiadomo, że można przez życie podążać w pojedynkę, ale o ile prościej jest przechodzić przez wszelkie sytuacje z kochającymi nas ludźmi. Ponadto w zdrowej wspólnocie chrześcijańskiej z reguły wszyscy opieramy nasze życie na tym samym fundamencie, co czyni ludzi w niej zżytych i zgodnych. Członkostwo pomaga nam nie schodzić z kursu ustawionego na spotkanie z Panem. Czasami bracia i siostry mogą nas w miłości napomnieć, a dzięki temu zapobiec jakimś przykrym sytuacją w przyszłości. Kiedy napotykamy jakieś przeszkody możemy zwrócić się do doświadczonych starszych zboru o pomoc, natomiast starsze osoby mogą czuć się komfortowo prosząc o jakąś przysługę młodszych ludzi, co czyni z nas zjednoczoną, kochającą wielką rodzinę. Nie ogranicza nas to w żaden sposób, nadal jesteśmy akceptowani i kochani tacy jacy jesteśmy, możemy się czuć po prostu jak w domu, możemy służyć pomocą, gdy pojawi się potrzeba, ale możemy też z niej sami skorzystać. Jeśli chodzi o samą formalność przynależności do jakiejś wspólnoty chrześcijańskiej uważam, że nie jest to obowiązkiem, chociaż ułatwia to wiele spraw organizacyjnych i pomaga utrzymać porządek w „organizacji” jaką jest w tym przypadku zbór. Sądzę, że przynależność do wspólnoty wierzących jest czymś obowiązkowym jeśli chcemy żyć zgodnie z zamysłem Pisma Świętego. W Dziejach Apostolskich pod koniec drugiego rozdziału mamy opisane życie w kościele. Myślę, że nie bez powodu zostało to tam przedstawione;) Ukazuje to wprost, że wspólnota jest czymś dobrym i ważnym dla Boga, nie patrzę jednak, na formalną przynależność jako na obowiązek, choć jak już wspomniałem wcześniej, ułatwia parę kwestii. Alergie na członkostwo, które są niestety dość często spotykane, według mnie wynikają głównie z raniących doświadczeń z przeszłości oraz kontrowersyjnych treści związanych ze wspólnotami chrześcijańskimi w internecie. Odstrasza to poszukujących ludzi i czasem nie zdobywają się na to, aby przyjść i zobaczyć osobiście jak wyglądają zebrania zdrowych wspólnot. Powoduje to myślenie w sposób stereotypowy i zniechęcający. Negatywnie nastawione osoby mogą źle wpływać na prawdziwy, Jezusowy obraz kościoła rozpowszechniając swoje poglądy o wspólnotach.
***

Krzysztof: Dla mnie bycie członkiem zboru to forma przynależności do konkretnej grupy ludzi z Kościoła Jezusa Chrystusa. Tworzę z nimi społeczność dzięki czemu mogę się uczyć, wzrastać, służyć, odbierać, dawać. Nie umiem sobie teraz wyobrazić by nie przynależeć do żadnego ze Zboru, być outsiderem. Każdy coś wnosi do społeczności, pozytywnego bądź nie. Niechęć by przynależeć gdziekolwiek to chęć nieponoszenia odpowiedzialności.
Biblia też naucza, że „lepiej dwóm niż jednemu, bo gdy jeden upadnie drugi go podniesie” Kzn 4;9-12
i jest to jak najbardziej pozytywny aspekt, również w wymiarze duchowym. Pewnie ludzie nie chcą nigdzie przynależeć z powodu większej potrzeby bycia niezależnym, wyjątkowym; czy tworzą mniejsze grupy, bo uważają, że wiedzą jak mają kroczyć z Bogiem i nie potrzebują kościoła do tego. Z doświadczenia wiem, że będąc z dala od mojego Zboru-Kościoła brakowało mi wspólnej modlitwy, śpiewu, nabożeństwa, obecności po prostu braci i sióstr, których znam, z którymi dzielę czas. Kiedyś byłem takim outsiderem i nie było to dobre, bo nie byłem z nikim związany, nie ponosiłem odpowiedzialności za nikogo, czy za nic, tym samym nic nie otrzymywałem, bo nic nie dawałem. Byłem sam. A co siejesz to i żąć będziesz. Nowy Testament zachęca byśmy byli członkami: 1Kor 12,12-31. Taka jest Boża wola względem Bożych dzieci.
***

Gabriel: Dużo pytań w tej sondzie zostało postawionych, postaram się, choć krótko, odpowiedzieć na wszystkie.
1. Nie uważam członkostwa w zborze za przesadę, zbędną formalność, czy ograniczenie wolności.
2. Nie traktuję członkostwa jako przymusu czy obowiązku, rozumiem je jako odpowiedzialną decyzję przyłączenia się do lokalnego zboru, z którym utożsamiam się oraz traktuję go jako swój duchowy dom i rodzinę.
3. Dostrzegam w Słowie Bożym m.in. fragmenty mówiące o:
- podziale na postronnych i tych należących do zboru (Dz.5,13)
- liczbie przyłączanych do zboru nowo nawróconych (Dz.2,41)
- listach w zborze, na które były wpisywane konkretne, spełniające kryteria osoby (1Tym.5,9;11)
Widzę biblijne podstawy na członkostwo w zborze, nie formalne, ale rzeczywiste bycie częścią ciała, którego głową jest Chrystus.
4. Z pewnością jest wiele źródeł pochodzenia alergii na członkostwo - różnie rozumiana wolność, chęć niezależności, niechęć do instytucji i formalizmu, czy własne doświadczenia i złe modele członkostwa, wzorowane na niechrześcijańskich wartościach i tradycjach.
Każda alergia, szczególnie nieleczona, może prowadzić do wielu poważnych konsekwencji. Podobnie z alergią na członkostwo w zborze, może być groźna dla chrześcijanina i dla zboru.
***

Sandra: Członkostwo w zborze, to rzeczywiście trudny temat. Będąc dość świeżo po chrzcie nie rozumiałam potrzeby podpisywania „jakichś papierów” – w tamtym zborze weszło to akurat dopiero jakiś czas od mojego chrztu i właściwie dopełniłam tego tylko dlatego, że nagle się okazało, że nie mogę służyć w żaden sposób, jeśli tego nie podpiszę.
Po latach uważam, że to dobre, żeby w zborze to było dopełnione ze względu na wymóg polskiego prawa oraz wewnętrznego prawa kościelnego. Czy jest to przesada? Nie sądzę, myślę, że jest to potrzeba uporządkowania przynależności, a w związku z tym także i przywilejów oraz dyscypliny.
Znajduję w Biblii fragmenty świadczące o tym, żeby napominać zborowników (np. Mt 18, fragment z Dziejów o Ananiaszu i Safirze, listy Pawła), są też fragmenty o tym, by się szczególnie troszczyć o pewne grupy ludzi w zborze np. wdowy (jak pisze Paweł do Tymoteusza). Określenie członkostwa to porządkuje.
Zdarzają się również sytuacje, kiedy człowiek już dawno nie będący w danym zborze robi coś złego/naucza dziwnych rzeczy - często wtedy pierwsze zarzuty kierowane są w stronę wspólnoty – wtedy, mając uporządkowane sprawy członkostwa, społeczność jest chroniona przed oskarżeniami, bo może wykazać, że taki ktoś od danego czasu nie jest już członkiem tego Kościoła.
Skąd biorą się alergie dotyczące tego tematu? Możliwe, że z nauczania w różnych społecznościach, że nie jest to potrzebne. Członkostwo to też branie na siebie odpowiedzialności za swój zbór i też za swoje zachowanie/bycie świadectwem w i poza zborem - a to może być niewygodne.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Tozer - Prorok

W grudniu tego roku ukazała się w języku polskim jedna z lepszych książek mojego ulubionego A.W. Tozera – „Głos proroka”. Bardzo dobre tłumaczenie i korekta pozwalają skupić się na przesłaniu. Trzeba pogratulować wydawnictwu „Świadome chrześcijaństwo” sukcesu w zdobyciu licencji i całej pracy związanej z wydaniem. Jedyna jej wada, że jest za krótka.
Autor rozważa rolę dzisiejszego Kościoła, dzisiejszych wierzących, dzisiejszych proroków na podstawie doświadczeń kilku postaci ze Starego i Nowego Testamentu. Między innymi Abrahama, Jakuba, Eliasza, Elizeusza, Izajasza, Jana Chrzciciela. Książka rzeczywiście jest „prorocza” - jeszcze bardziej aktualna niż w czasach kiedy Tozer żył (1897-1963). Tym bardziej, że Europa ciągle myśli, że jest chrześcijańska, Polacy myślą, że są religijni, Amerykanie myślą, że są wolni w Chrystusie. Kultura, tradycja, poglądy, religia - to wszystko może nosić chrześcijańską etykietkę, ale prawdziwe chrześcijaństwo polega na staniu się uczniem Chrystusa przez Ducha Świętego. Tozer skutecznie burzy mity chrześcijańskiej kultury, a jednocześnie buduje wiarę radykalnego Kościoła.

Kilka cytatów dla zachęty.
***

Spotkałem chrześcijan, którzy nieustannie biją się w piersi z powodu najmniejszej drobnostki. Niektórzy z nich boją się powiedzieć o sobie cokolwiek dobrego, obawiając się, że naruszą jakiś aspekt pokory, którą zupełnie mylnie pojmują. Są to najsmutniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek mógłbyś spotkać. Przebywanie w ich towarzystwie mogłoby cię bardzo zasmucić. Dlaczego chrześcijanie mieliby chodzić smutni? Ta myśl jest mi zupełnie obca. Powinniśmy być najradośniejszymi ludźmi na tej zielonej planecie.
***

Wszystkie problemy w swej istocie są duchowe; a jeśli zdobędziesz Boga, wszystko inne się ułoży. Nie ma jednak większego znaczenia, czy wszystko się ułoży, czy nie, ponieważ nie masz zbyt wiele czasu, aby tu pozostać. Świadomość doprowadzi do słuchania Boga. Wierzyć w Boga i nigdy Go nie słyszeć jest tym, o co chodzi w religii. Nie wystarczy biernie wierzyć, że gdzieś musi być Bóg. Nie wystarczyło to Abramowi i nie wystarczy nam dzisiaj. Bóg chce stworzyć w nas Boską świadomość, abyśmy mogli widzieć Boga i słyszeć głos Boga.
***

Nie potrafię napisać ani jednej linijki muzyki, ani zaśpiewać, jak należy, ale potrafię cieszyć się muzyką aż do bólu. Wierzę, że można docenić dobrych ludzi, nawet lepszych niż my sami. Dlatego wierzę w ciągłą lekturę Pisma Świętego, aby mieć społeczność ze świętymi mężczyznami i kobietami. Jeśli nie jestem aż tak dobry, to przynajmniej mogę ich docenić, gdy z nimi przebywam. Przez pewnego rodzaju duchową osmozę do mojego serca przenika odrobina tego, czym oni są i jestem lepszym człowiekiem dzięki temu, że z nimi przebywałem.
***

Moja rada jest taka, że jeśli jesteś przygnębiony swoim życiem duchowym, a nawet jeśli jesteś tylko trochę przygnębiony, to nie pozwól, aby radośni chłopcy przyszli i cię rozweselili. Nie pozwólcie, by przychodzili do was pocieszyciele i mówili: „Wszystko jest w porządku, wszystko jest w porządku”. Oni wyrządzili Królestwu Bożemu więcej szkody, próbując przyodziać ludzi, których Bóg rozebrał.
***

Musimy zrobić miejsce dla tajemnicy — tej tajemnicy, którą jest Bóg. Tajemnicy, która nie może być tak płynna. Kiedy słyszę człowieka modlącego się zbyt płynnie, to wiem, że niczego nie widzi. Mając zdolność do wyrażania siebie w modlitwie, o ile nie przyjdzie na niego nagłe wylanie Ducha Świętego, będzie w stanie modlić się tylko przeciętnie; kiedy modlimy się zbyt płynnie, wówczas nie widzimy zbyt wiele.
***

Celem Boga w odkupieniu jest przywrócenie właściwego porządku, co przyniesie zdrowie całemu wszechświatowi, Bóg zasiada na tronie, a w każdym sercu powinna być świadomość, że istnieje taki tron. Albo zasiada na nim Bóg, albo człowiek. Kłopot ze światem polega na tym, że każdy człowiek siedzi na swoim własnym tronie.
***

Teraz musimy znosić krzyże, radzić sobie ze stratą, tracić nasze dobra, być źle postrzeganymi. Teraz jesteśmy powołani do bycia mniejszością, pogardzaną mniejszością. Pomysł, że można uczynić krzyż Chrystusa społecznie akceptowalnym, jest herezją naszego pokolenia. Wiele ugrupowań ewangelicznych stara się udowodnić światu, że wcale nie jesteśmy tacy głupi. Coś znaczymy. Jesteśmy teraz kimś na własnych prawach i też wierzymy w Jezusa. Równie dobrze możesz zrezygnować. Gdy tylko hańba krzyża zniknie z twojego życia, wówczas moc zniknie z twojego życia. Gdy tylko przestajemy być pogardzaną mniejszością, przestajemy być potężnymi ludźmi.
***

Nie ma to znaczenia czy sprawy tego świata są negatywne czy pozytywne. Na świecie ludzie są zagubieni i dopóki nie przyjdą do wiary w Jezusa Chrystusa, Bóg nie ma nic do powiedzenia na ich temat. Czeka ich sąd, który ma nadejść.
W Kościele jest inaczej. Niezależnie od tego, jak bardzo dana osoba pobłądziła, Bóg zawsze ma dla niej przygotowaną drogę powrotu. Nikt nigdy nie zrobił niczego, co byłoby zaskoczeniem dla Boga.

sobota, 15 listopada 2025

Kto należy?


Podobno to Kurt Vonnegut powiedział te słowa: "Uprawiajcie jakąkolwiek sztukę, muzykę, śpiew, taniec, teatr, rysunek, malarstwo, rzeźbę, poezję, literaturę, piszcie eseje, reportaże - nieważne, czy dobrze, czy źle, nie dla pieniędzy ani sławy, (nie dla lansu - dodałbym, choć w czasach Vonneguta to zjawisko nie było aż tak powszechne jak dziś), ale by doświadczać stawania się, by odkryć, co tam masz w środku, by twoja dusza rosła. Poważnie! Zacznijcie teraz, od razu, bierzcie się za sztukę i róbcie to przez resztę waszego życia". Coś w tym jest... Napisałem więc o 'należeniu'. Należeć można do partii, do klubu, zespołu, stowarzyszenia, ... lecz należenie do Boga jest czymś szczególnym, nieporównywalnym. Od ponad dwudziestu lat się o tym przekonuję.



…Czy się leży - nie należy
Decyduje biel odzieży
Niezależność w zależności
Jest zależna od jakości.

Prawdę sieje kto należy
Nie należy kto nie wierzy
Gdy cię dotknie należenie
Nie ma czasu na leżenie.


Mam należność za należność
i aktywność zawierzenia
Bez zrzędzenia, rozżalenia
Mimo hejtem porażenia.

Nie należy fan papieży
Bo niewiarę tam się szerzy
Solus Christus im nie leży
Wąska droga, któż pobieży?

Radość mego położenia
Nie maleje od starzenia
Bo do Niego należenie
To bez reszty zarażenie.


„Chciał więc pokazać tym, którzy należeli do Niego i których pokochał w tym świecie, że ich kocha bez reszty” (J13,1).

środa, 22 października 2025

I Will Survive

Dzisiaj, tylko 47 lat temu (w moich ulubionych muzycznie latach 70-tych) została wydana na singlu piosenka „I Will Survive” Glorii Gaynor. Wielki hit dyskotekowy wszechczasów. Tekst utworu opisuje odkrycie przez narratora siły wewnętrznej po początkowo druzgocącym rozstaniu. W wywiadach Gloria często podkreśla, że prawdziwe znaczenie piosenki „I Will Survive” zrozumiała dopiero po swoim nawróceniu w 1992r. — wtedy zaczęła widzieć ją jako pieśń duchowego przetrwania i Bożej łaski, a nie tylko o złamanym sercu. Wychowywana przez matkę w duchu chrześcijańskim, ochrzciła się w wieku 16 lat, lecz było w tym więcej emocji niż wiary. Kariera i sukces zdominowały jej życie, choć wpojone zasady moralne nie pozwoliły jej wpaść w żadne nałogi. „Zostałam ochrzczona jako nastolatka, ale nie znałam naprawdę Jezusa. Myślałam, że Go znam, ale żyłam po swojemu przez wiele lat” - wspomina Gloria. O dniu swojego nawrócenia opowiada: „Pewnej nocy siedziałam sama i powiedziałam: ‘Panie, robiłam wszystko po swojemu i jestem nieszczęśliwa. Teraz chcę to robić po Twojemu.’ Poczułam Jego obecność w pokoju — i ta chwila zmieniła moje życie na zawsze”. Kiedy doświadczyła prawdziwego spotkania z Bogiem, wszystko w jej życiu się zmieniło — muzyka, relacje, styl życia, priorytety.

W 2013 roku napisała książkę, która zawiera 40 prawdziwych historii ludzi, których życie zostało zmienione dzięki piosence „I Will Survive”. Te historie pochodzą od osób z różnych środowisk: ludzie, którzy przeżyli chorobę, tragedie, straty, osoby które znalazły siłę w cierpieniu lub przegrali swoje życie przez doświadczenia traumatyczne — ale dzięki tej piosence i sile jej przesłania odnajdują nadzieję, otuchę i inspirację. Artystka dzieli się również własnymi doświadczeniami — dorastaniem w biedzie, problemami osobistymi, bólem, oszustwem, momentami zwątpienia — i opisuje, jak jej życie, wiara i muzyka połączyły się, by dać jej siłę: „Otworzyłam Biblię, którą dostałam wiele lat wcześniej i której nigdy nie czytałam. I zrozumiałam, że Bóg nigdy mnie nie zostawił. Czekał cierpliwie, aż sama Go poszukam. Od tamtej pory śpiewam nie tylko dla publiczności — śpiewam dla Niego. Każdy dźwięk, każda nuta, każdy koncert to moja modlitwa wdzięczności. Kiedy dziś śpiewam „I Will Survive”, słyszę w niej coś więcej niż tylko rytm disco. Słyszę głos kobiety, którą Bóg podniósł z popiołów. I chcę, by każdy, kto słucha tej piosenki, wiedział: nie przetrwasz dlatego, że jesteś silny — przetrwasz, bo jesteś kochany”.

W 2019 roku wydała znakomity album gospel „Testimony”. Po 40 latach od „I Will Survive” wydaje płytę z muzyką gospel, inspirowaną własnym świadectwem. Album zdobywa nagrodę Grammy w kategorii Best Roots Gospel Album. Mówi o nim: „To nie jest tylko muzyka — to moje podziękowanie Bogu za drugą szansę”.

Jej ulubione wersety:

„Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie”( J8,36).
Gloria często mówi, że to jest prawdziwe znaczenie słów „I Will Survive”: „Nie chodzi o siłę kobiety po rozstaniu, ale o wolność, jaką daje Jezus. Myślałam, że ‘I Will Survive’ to hymn o sile kobiety. Teraz wiem, że to pieśń o wolności w Chrystusie”.

„Jeśli więc ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (Kor. 5,17).
To motto jej albumu Testimony. „Byłam pełna dumy i lęku. Teraz jestem nowym stworzeniem. Wszystko stało się nowe”.

„Wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Go miłują” (Rz. 8,28)
Często cytuje go, gdy wspomina swoje upadki i rozczarowania. Mówi, że nawet z bólu i straty Bóg uczynił coś dobrego — bo doprowadził ją z powrotem do siebie.

Dzisiaj Gloria prowadzi platformę dla ludzi, którzy przeżyli trudne rzeczy (np. przemoc, chorobę), by dzielili się historiami i znajdowali wsparcie. Wspiera badania nad rakiem piersi: była zaangażowana w fundusze Breast Cancer Research Foundation, m.in. poprzez darowizny i wydarzenia charytatywne. Używa swojej muzyki i swojej historii jako świadectwa: często w wywiadach mówi, że chce inspirować ludzi, pomagać tym, którzy cierpią, pokazywać, że przez wiarę można przetrwać trudności.

I Will Survive - 1978r.:
https://www.youtube.com/watch?v=6dYWe1c3OyU&list=RD6dYWe1c3OyU&start_radio=1

poniedziałek, 20 października 2025

Rachel Wilhelm – Hosea

17.10.2025r. ukazała się czwarta płyta amerykańskiej piosenkarki, kompozytorki, autorki tekstów Rachel Wilhelm – Hosea. Płyta inspirowana klimatem i brzmieniem Radiohead. Słychać też echa Jeffa Buckleya, albo Daniela Lanoisa. Mamy tu bardzo ciekawe połączenia gitary akustycznej z elektroniką, mroczne, ambientowe syntezatory przeplatane ciepłymi chórkami gdzieś z oddali, bas z perkusją przyprawione smyczkami i wiolonczelą. W dwóch utworach na gitarze zagrał znakomity Phil Keaggy (ur. 1951r.) mający na koncie niemal 150 albumów. Płyta wg mnie najbardziej dojrzała brzmieniowo i wokalnie z całego dorobku Rachel, choć jej talent można docenić już na pierwszej płycie z 2016 roku - A Kindling Glance. Nie bez znaczenia jest też fakt, że artystka przechodziła w przeszłości przez ciemną dolinę depresji, stąd emocjonalny śpiew i głębia jej poezji to świadectwo wiarygodności i zastrzyk nadziei.

Hosea to koncept-album oparty o biblijną księgę dość bliskiego mi proroka – Ozeasza. Utwory nawiązują do kolejnych rozdziałów tej księgi. Ogólna tematyka to krytyka liberalnego kościoła, jego brudów, przekrętów i zbrodni. Oskarżenie o zdradę, pozorne nawrócenia i brak odpowiedzialności duchowych przywódców. Religia jest maską, hipokryzja i pusta pobożność są przerażające. Burza Bożego sądu jest nieuchronna. Jednak On wciąż kocha, wzywa zanim stanie się coś strasznego i wzbudza nadzieję. W opisie płyty czytamy: „Tak jak my jesteśmy niewolnikami grzechu, ale zostaliśmy odkupieni i nawiązaliśmy relację z Jezusem, tak historia Ozeasza opowiada o mężczyźnie, który jest typem Chrystusa, kochającym zagubioną i smutną kobietę, potrzebującą pojednania z prawdziwą miłością”. Płyta kończy się obietnicą: „kocham cię i dam ci życie”. A ja zakończę ostatnimi słowami księgi Ozeasza: „Kto mądry, niech to zrozumie, kto rozumny, niech pozna: gdyż drogi Pana są proste – i chodzą nimi sprawiedliwi, a niegodziwi upadają na nich” (14,9).

https://rachelwilhelm1.bandcamp.com/album/hosea

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Wiara Boba Marleya


Mówi się o Ruchu Rastafari, że to odłam chrześcijaństwa, a o Marleyu, że niby przyjął chrześcijaństwo pod koniec życia. Aby temat zbadać sięgnąłem po kilka artykułów, filmów, a głównie dwie książki: „Bob Marley : nieopowiedziana historia króla reggae” - Chris Salewicz (tł. Maciej "Magura" Góralski) oraz „No woman, no cry : moje życie z Bobem Marleyem” - Rita Marley, Hettie Jones; których fragmenty obficie cytuję poniżej. W przedmowie do tej drugiej Sławomir Gołaszewski (filozof kultury, poeta, kompozytor, muzyk, dziennikarz i felietonista, znawca reggae), u którego dziesiątki lat temu miałem okazję gościć, pisze: „Łatwo wyobrazić sobie muzykę pop bez Michaela Jacksona i rock'n'roll bez Elvisa Presleya. Blues, jazz i folk mogą istnieć anonimowo. Lecz reggae bez Marleya nie ma racji bytu. Ten styl, gatunek, konwencja i jego nazwisko to synonimy”.

Marley (1945-1981) zaczynał swoją muzyczną karierę w latach 60-tych. Znał już dobrze Pismo Święte, bowiem Jamajka w tamtym czasie zalana była Bibliami. Jego mama i dziadkowie chodzili do protestanckich kościołów. Matka Marleya Cedella wspomina, że przed poczęciem Boba „zaczęła wierzyć” w kościele apostolskim Shiloh, kościele zielonoświątkowym w Kingston, gdzie była chórzystką. Z czasem, gdy Bob spotykał się z grupą Rastafarian na obrzędach Nyahbinghi jego muzyka zaczęła ewoluować z piosenek o miłości do utworów zaangażowanych społecznie, religijnie i ideologicznie.

Jego żona Rita, z którą wzięli ślub w 1966r. także wspomina o swoich chrześcijańskich korzeniach: 
„Obok ojca i Cioci (która śpiewała w kościelnym chórze), zawsze był mi bliski wujek Cleveland, świetny baryton, rozchwytywany przez organizatorów weselnych przyjęć i innych uroczystości. Zawsze byłam więc zorientowana na muzykę, zawsze się nią interesowałam. Ponieważ bardzo wcześnie okazało się, że mam dobry głos, Ciocia uczyła mnie pieśni i reklamowała mnie pośród swoich klientów: — Rita zaśpiewaj tę weselną piosenkę. Uwielbiałam śpiewać w kościołach — jestem zagorzałą chrześcijanką od dzieciństwa. Wiem, że Bóg istnieje; kocham Go i od zawsze czułam Jego bliskość (a do tego pojawił się jeszcze Winston, syn pastora, który odprowadzał mnie po kościele i dawał całusa przy bramie)”.
„Miałam dziesięć lat, kiedy Ciocia powiedziała: — Rita, nie chciałabyś spróbować swoich sił w radiu? Cioteczka kochana, jak ona we mnie wierzyła! Odparłam: — OK, a co mam zaśpiewać? A ona na to: — The Lords Prayer, bo to wspaniała pieśń i ty ją pięknie śpiewasz! Usadziła mnie na moim krzesełku, obok swojej maszyny do szycia i dzień po dniu, kiedy szyła śpiewała Ojcze nasz, a ja powtarzałam: — Ojcze nasz, któryś jest w niebie... przyjdź królestwo Twoje... — i kiedy docierałyśmy do ostatniego wersu, śpiewała: — A teraz weźmy się za ręce i śpiewajmy: Ale nas zbaw odeeee złeeeegooooo...”
Jednak pod wpływem męża ideologia zaczęła brać górę:
„Przechodziłam te wszystkie zmiany, ale nie zwariowałam, jak wszyscy myśleli. Sądziłam, że otwieram się na większą wiedzę, i czułam, że muszę się nią podzielić. Miałam w sobie od początku silny religijny impuls — jako dziecko w kościele wpadałam w trans, skakałam i wykrzykiwałam słowa w nieznanych językach. Na długo zanim poznałam Boba, czytywałam Biblię. Teraz zaczęłam głosić wiarę Rastafari — gdziekolwiek nie poszłam, mówiłam o czarnej dumie i konieczności powstania z kolan”.
„W czasie kiedy poznawaliśmy się bliżej, Bob, zapoznawał mnie z wierzeniami Rastafari, których historia sięga początków dwudziestego wieku i Marcusa Garveya, Jamajczyka, który również pochodził z St. Ann. Garvey, wyjechał do Nowego Jorku, gdzie założył związek Universal Negro Improvement Association, mający za zadanie wzmacniać wiarę w siebie czarnych oraz nawoływać do repatriacji czarnej społeczności do Afryki. Niektórzy Jamajczycy zwracali szczególną uwagę na proroctwo Garveya, które zakładało, że pewien afrykański król uwolni ich z kolonialnej udręki, i wierzyli, że tą osobą jest etiopski przywódca, cesarz Hajle Sellasje Pierwszy. Amharskie imię Sellasje brzmiało Ras Tafari; jego wyznawcy nazywali się Rastafarianami, w skrócie Rasta. Zanim nastały lata sześćdziesiąte, poza Jamajką nikt nie wiedział nic o Rasta. Na wyspie zwykli ludzie postrzegali ich jako „ludzi o czarnym sercu”, którzy żyją w rynsztoku i bez przerwy palą ganję (jamajskie określenie marihuany). Ludzie mawiali, że kradną kurczaki. Nie obcinali nigdy włosów, nie czesali ich i pozwalali, aby rosły w naturalnych „lokach”, zwanych „dreadlokami”. Słowo „dread” używane jest dziś w różnych znaczeniach, ale jego genezy należy szukać w rastafariańskim wyzwaniu rzuconym jamajskim władzom kolonizatorów”.
Także swojej mamie Marley głosił „dobrą nowinę”:
„Będąc w Ameryce, Bob odwiedził swoją matkę. Tym razem zdecydował się udzielić jej pełnych nauk na temat Rastafari. Zanim Bob się urodził, chodziłam do szkółki niedzielnej, gdzie przyjęłam Jezusa - opowiada pani Booker. — Próbowałam żyć zgodnie z zasadami wiary, ale wszystkie te ścisłe nakazy, które tam poznałam, Bob zakwestionował, nazywając je hipokryzją. Nie miały większego sensu. Te wszystkie stroje, które trzeba było zakładać do kościoła... Ci ludzie używali władzy tylko po to, by rządzić innymi. To nie było prawdziwe chrześcijaństwo. Minęło trochę czasu, zanim zdałam sobie z tego sprawę, Bob powiedział mi, że to Jego Wysokość, nie Jezus jest Wszechmocnym Bogiem, ale nie byłam w stanie tego w ogóle zrozumieć. Pytałam się, skąd o tym wie. Myślałam, że on jest tylko człowiekiem, a Bob odpowiadał: tak, on jest tylko człowiekiem. Na co ja mówiłam, że jest wielkim człowiekiem, ale nie uważam, żeby był Bogiem. A wtedy Bob zapytał: wobec tego jak myślisz, kim jest Bóg? Nie miałam na to pytanie odpowiedzi, ponieważ zawsze patrzyłam na Boba jako na białego człowieka. Jak na tym obrazku na ścianie. Wtedy Bob poprosił, żebym go zdjęła i pokazał mi inny obraz, który powinien tam wisieć. Do tego czasu wieszałam te rzeczy jako dekorację, a Bob spojrzał na to, co mam na ścianie, i spytał, czy te obrazki są tu z konkretnego powodu. Odparłam, że powiesiłam je tak po prostu, żeby coś wisiało. Wtedy wyjaśnił mi, co reprezentuje emblemat i orzeł na szczycie i tak dalej, odczytał całą symbolikę. Miałam też zdjęcia prezydenta Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga. Bob mówił: zdejmij ten i tamten obrazek, a powieś ten i ten. Zaczął mi to później tłumaczyć: ‘Wiesz, mamusiu, dlaczego trudno ci uwierzyć, że Jego Wysokość jest Bogiem? Ponieważ od czasu, kiedy byłaś małą dziewczynką, ciągle słyszałaś o Jezusie Chrystusie, chodziłaś do kościoła i weszłaś w ten świat. Ale dzisiaj Bóg przybywa pod nowym imieniem, już nie jako Jezus Chrystus. Bóg powiedział, że Jego imię będzie straszliwe pomiędzy poganami, czyli niewierzącymi. Gdybyś nie była moją matką, nawet nie fatygowałbym się żeby z tobą rozmawiać, ale i tak jesteś Rasta od dnia narodzin. Zobaczysz to wraz z upływem czasu’. I wraz z upływem czasu widzę wszystko takie jakim jest, i nikt już więcej nie musi mi nic wyjaśniać”.
Po wielu latach po śmierci męża Rita jest rozczarowana komercjalizacją Rasta:
„Ale wiele rzeczy zmieniło się na Jamajce, a także na świecie od lat siedemdziesiątych. Wtedy bardzo trudno było by sobie wyobrazić zdjęcie Boba na billboardzie albo ludzi w dreadlokach reklamujących coca-colę, Jeśli Bob nie osiągnąłby takiego sukcesu, jeśli nie osiągnąłby go właśnie z ‘koroną’ Rasa na głowie, rzeczy miałaby się inaczej. Obecnie nie trzeba czytać Biblii, aby nosić dready. My codziennie czytaliśmy po jednym rozdziale Biblii i zastanawialiśmy się, dlaczego jesteśmy na tej właśnie drodze. A dziś wystarczy jedna wizyta u fryzjera, posiedzisz trochę na fotelu i wychodzisz, jakbyś hodował dredy od urodzenia! Takie to teraz proste... Jak wiele musiało się zmienić od czasów, kiedy byłam za nie oskarżana, oczerniana, pogardzana, zniewalana, a nawet opluwana”.
Rastafarianie widzieli hipokryzję chrześcijan, nierówności rasowe, niesprawiedliwość, niewolnictwo, wyzysk. W pewnym sensie obrzędy Rasta i muzyka, były tym co miało zjednoczyć, uwolnić i dać siłę, wiarę i nadzieję do duchowej, ale też praktycznej walki o swoje prawa mieszkańców Jamajki oraz potem o prawa i godność człowieka na świecie. Z czasem przesłanie nabrało ogólniejszej formy i stało się bardziej uniwersalne, gdy na koncerty Marleya w Europie w większości przychodzili biali (w drugiej połowie lat 70tych). Poglądy wielu miłośników reggae wtedy i współcześnie wyrażają słowa, które napisał we wstępie do biografii Marleya Maciej "Magura" Góralski (perkusista Kryzysu i Deadlocka): „Chociaż nie skłaniam się do używania słynnego sakramentu ziołowego, stosowanego przez wyznawców Rasta ani nie jestem przeświadczony o immanentnej boskości cesarza, pozostaję oddanym i uniżonym sługą tej muzycznej tradycji i jej filozofii, która nie obiecuje zbawienia i raju po śmierci, ale daje wolność i radość tu i teraz, na tej zielonej Ziemi. Wolność, która znajduje się w sercu jej rytmu, w rytmie jej serca”.
Marley mawiał: „Mam tylko jedną ambicję, rozumiesz? Chcę, żeby to się stało naprawdę. Chcę zobaczyć całą ludzkość żyjącą w jedności, wszystkich razem: czarnych, białych i żółtych. To wszystko”.

Dodatkowo śmierć cesarza Etiopii (który notabene zawsze zaprzeczał swojej boskości) stała się powodem rozmywania się radykalnej ideologii Rasta. Wielu wyznawców było bardzo zawiedzionych.
„Dwudziestego czwartego sierpnia 1975 roku cała Jamajka przeżyła szok: Jego Cesarska Wysokość Haile Selassie I, Król Królów, Zwycięski Lew z Pokolenia Judy zmarł. Istniało podejrzenie, że został zamordowany. To była tragiczna wiadomość, jednak ta śmierć stworzyła niemal metafizyczne wyzwanie dla rastamańskiej teologii: jak to możliwe, że Bóg mógł umrzeć, nawet jeśli był żywym człowiekiem? Ten dzień, 27 sierpnia, był na Jamajce bardzo zimny i smutny — wspomina Judy Mowatt. — Niektórzy natychmiast stracili wiarę. Pozostali trwali w niej, pamiętając słowa z Biblii o przychodzących z daleka wiadomościach, które bezmyślnych przerażą i zgubią. My się nie baliśmy wiedzieliśmy, że to nieprawda, wiedzieliśmy też, że on ma moc znikania”.
W odpowiedzi na te głosy pod koniec roku 1975 Marley nagrał płytę ku pokrzepieniu serc „Rastaman Vibration”, śpiewał wówczas o nowym pozytywnym czasie, nowym znaku i Bożej ochronie.

Symbole i terminologia biblijna to stały element filozofii Rasta i twórczości Marleya. Jednak osoba Chrystusa nie była najważniejsza, mieli do Jezusa dość luźne podejście, był jednym z wielu dobrych ludzi. Korzystali z Jego Słowa, ale nie byli Mu oddani. A więc filozofia i teksty piosenek Boba to w rzeczywistości synkretyzm religijny – wierzenia plemienne, trochę chrześcijaństwa, trochę judaizmu, uniwersalizmu i ideologii New Age.

W 1977r. powstała płyta „Exodus” uznana przez magazyn „Time” za najlepszy muzyczny album XX wieku, a „One Love” została okrzyknięta piosenką tysiąclecia przez BBC. Ten największy przebój Marleya „One Love/People Get Ready” nawiązuje do piosenki Curtisa Mayfielda z 1965 roku, a który to muzyk był wielką inspiracją dla Boba. Martin Luther King Jr. nazwał piosenkę Mayfielda nieoficjalnym hymnem Ruchu Praw Obywatelskich i często używał jej, aby zachęcić ludzi do marszu lub aby ich uspokoić i pocieszyć. Na albumie „Exodus” Jest też piosenka „So Much Things To Say” krytykująca polityków i przywódców religijnych – „Oni ukrzyżowali Jezusa Chrystusa” – śpiewa Marley, ukazując Zbawiciela jako zaledwie męczennika sprawiedliwości obok uznanego za twórcę doktryny Rastafari Marcusa Garveya oraz jamajskiego baptysty Paula Bougl’a.

Przywódcy prawosławni chrzcili chętnych Rastamanów, bo myśleli, że tak przybliżą ich do Chrystusa. Zmarły w 2005 r. arcybiskup Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, który też chrzcił Marleya, powiedział, że w latach 70-tych mnóstwo Rastafarian przyjęło chrzest w tym kościele, ale cięgle mieli odmienną ideologię od prawosławnej i chcieli by to kościół przyjął ich ideologię, co oczywiście nie mogło się stać. Kilka miesięcy przed śmiercią, jak już był ciężko chory, Marley zapragnął wziąć chrzest w tym Kościele. Trudno powiedzieć, czy zrobił to za namową Rity, która tamże ochrzciła wszystkie swoje (i nie tylko swoje) dzieci, czy też uczynił to symbolicznie, uznając zwierzchnictwo Kościoła, którego starożytnym autorytetem był zafascynowany, a który wywodził się bezpośrednio z Kościoła koptyjskiego, którego założycielem wg tradycji był Marek Ewangelista. Niewykluczone, że świadomy bliskiej śmierci nawrócił się i uznał Jezusa Chrystusa jako swojego jedynego zbawiciela i dał się ochrzcić na wyznanie swojej wiary. Ale nie znalazłem tego w licznych publikacjach. Poza tym sama konwersja o niczym nie świadczy, nie ma mocy zbawczej.

Podczas chrztu rodzina, przyjaciele, duchowni i Marley wylali morze łez, ale raczej nie z powodu doświadczenia łaski i przebaczenia grzechów, lecz był to naturalny płacz pełen emocji wynikających z podniosłej atmosfery i świadomości jego zbliżającej się śmierci. W 1979r. muzyk już wiedział, że umrze. Wcześniej jednak sprzeciwiał się amputacji palca, która to uratowałby mu życie. Gdy usłyszał diagnozę „wstrząśnięty Bob zwrócił się do swojej matki: Nigdy nikogo nie skrzywdziłem, nie czyniłem zła, dlaczego Bóg miałby zesłać na mnie raka?”. A przywódca rastafariańskich 12 plemion Izraela GadMan powiedział: „To niemożliwe żeby rastaman chorował na raka”.

(Na marginesie można dodać, że Marley z Ritą byli małżeństwem do jego śmierci. Bob „dorobił się” trzynaściorga dzieci z ośmioma kobietami, zdradzał Ritę nieustannie, a gdy ona zaczęła go zdradzać, był niezwykle zazdrosny. Rita w 1996 roku została uznana winną zdefraudowania znacznej części majątku po Bobie.)

Matka Boba powiedziała, że Bob Marley świadczył o boskości Haile Sellassie, gdy umierał pod jej opieką. Jednak Rita powiedziała, że Bob w ostatnich dniach życia odczuwał „tak okropny ból, że wyciągnął rękę i powiedział: Jezu, zabierz mnie”. Znamienne, że nie powiedział: Jah Rastafari zabierz mnie, lub Haile Selassie zabierz mnie. Bóg wie co było w jego sercu w tym czasie. Jest to jedyny symptom, który pozwala spekulować o zbawieniu Marleya.

Nigdzie nie znalazłem informacji, żeby któreś z dzieci Boba nawróciło się. Natomiast jest wielu wykonawców reggae głoszących radykalne, bezkompromisowe przesłanie Ewangelii, bez synkretycznych naleciałości. Między innymi: Christafari, Avion Blackman, Vanessa Mardueno, Kristina Alicia, Solomon Jabby, Autentic ska Sounds, Roge Abergel, Joshua Alo, Yerubilee, Geneman, Imisi, Tommy Cowan, Carlene Davis, Papa San, Sherwin Gardner, Kerron Ennis, Dominic Balli, Jermaine Edwards, Ziggy Soul.

________________________________________________

dodatkowe źródła:

https://www.youtube.com/watch?v=eGddBc00_VY

https://www.youtube.com/watch?v=WXiPllReCBI

https://taylormarshall.com/2018/07/messianic-theology-bob-marley-conversion-ethiopian-orthodoxy.html

https://leben.us/baptism-bob-marley/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_Rastafari

czwartek, 31 lipca 2025

Relacje

W lipcu tego roku ukazała się druga płyta holenderskiego zespołu rocka progresywnego The Foundation – „Relations”. Słychać tu echa Camel, King Crimson, Iona. Album w warstwie lirycznej opowiada o relacjach międzyludzkich, rodzinnych oraz relacji Bóg - człowiek. W początkowy i końcowy utwór (Alpha, Omega) wpleciona została historia stworzenia. Motto płyty (be patient, be gentle, be humble, be loving) odwołuje się do słów apostoła: „Postępujcie z wszelką pokorą i łagodnością. Cierpliwie znoście jedni drugich w miłości. Dokładajcie starań, by zachować jedność Ducha w spójni pokoju”. (Ef 4,2-3) Miłe to słowa i dźwięki. Płyta dorównuje pierwszej – wydanej dwa lata temu, znakomitej - „Mask”.


Załączony utwór, jedyny po francusku. Czasem trudno zrozumieć poezję, a tym bardziej po francusku…, ale być może temat zahacza o trudną relację syna z odchodzącą matką… W każdym razie interesujący jest motyw przeciwsłonecznych okularów niezdejmowanych nawet w ciemności.