wtorek, 17 marca 2026

Czy wystarczy być dobrym człowiekiem?



Temat dobroci ludzkiej to wynik moich rozmów, obserwacji, poszukiwań literackich i sieciowych. Mówi się powszechnie: Jestem dobrym człowiekiem, więc pójdę do nieba... Nie czynię zła, bo poniosę tego konsekwencje, no i przecież karma wraca... Ty masz swoją wiarę, ja mam swoją, ale czcimy tego samego Boga... Bądźmy dla siebie tolerancyjni... Myślę, że ważne, gdy się staram, w razie czego jest jeszcze czyściec... Do piekła trafią tylko ci najgorsi... A tak w ogóle wszyscy będą kiedyś w lepszym miejscu, bo gorzej chyba być nie może niż tutaj...

Dostałem ostatnio w prezencie książkę episkopalnego duchownego Richarda Hollowaya: „Krótka historia religii”. Autor spogląda z góry na całą historię, jakby kierował dronem na osi czasu i przestrzeni, pokazując nam najważniejsze i kluczowe elementy wielu religii, które próbują wyjaśnić sens życia, cierpienia i śmierci. Nie jest to zbiór suchych faktów i dat. Książkę czyta się jak powieść, narrator z wielkim szacunkiem i bez cienia kpiny zarysowuje w miarę neutralnie panoramę ludzkich wierzeń. Ląduje co jakiś czas i przygląda się z bliska codzienności Abrahama, lub przysłuchuje się śpiewom mędrców Rygwedy.

Chciałbym przytoczyć wiele fragmentów, które dały mi wiele do myślenia. Następnie, jako że codziennie przez moje uszy przetaczają się kilogramy muzyki – temat jednego Boga, dobrego dla wszystkich, ludzkiego pragnienia pokoju i wzajemnego poszanowania postaram się pokrótce pokazać w niektórych piosenkach powstałych według modły Bahaistów: „chociaż wszystkie religie spoglądają na Boga pod różnym kątem, to jednak jest to cały czas ten sam Bóg, może wtedy zacząć jednoczyć ludzi zamiast ich dzielić”. Na końcu spróbuję podzielić się refleksją. Jak czytamy w książce - upaniszady - spisywane do 300 r. p.n.e. w przeciwieństwie do brahmanów (egzegeza rytuałów, tego co zewnętrzne) – skupiają się na filozoficznych i teologicznych aspektach hinduizmu, na treściach i głębinach wiary; podobnie chciałbym zająć się tym, co dla duszy każdego człowieka jest najważniejsze i najgłębsze z punktu widzenia Stwórcy Wszechświata. Tekst podzieliłem na trzy części:

A - Dobro w religiach - książka
B - Dobry Bóg dla wszystkich ludzi - muzyka
C - Doskonałe jest wrogiem dobrego - refleksja

______________________________________________

A. DOBRO W RELIGIACH - KSIĄŻKA

1. Hinduizm, Buddyzm, Dżinizm

Tekst z około XIV w. p.n.e. z Rygwedy – pisma wciągnięte na listę projektu Unesco „Pamięć Świata”.

Niebyt nie istniał wtedy, ani byt nie istniał,
Nie było też przestworza i nieba u góry,
Przez własną moc to jedno bez tchu oddychało
I nic innego nigdzie poza nim nie było
Bogowie się zjawili, gdy świat się wyłonił,
A więc kto może wiedzieć, skąd wszystko powstało?
I jak się zrodziła ta wysnowa bytów,
Czy ktoś ją zdziałał, czy też nikt nie zdziałał —
Ten, co na ziemię patrzy z najwyższego nieba,
Ten może wie o tym, a może też nie wie?

***
Siddharta Gautama (566 r. p.n.e.) Studiował Wedy i zastanawiając się na ludzkim cierpieniem i śmiercią nie mógł pogodzić się z ideą reinkarnacji i innymi praktykami hinduizmu. I tak narodził się Buddyzm.

Czując jednak odrazę do samego pożądania, Siddharta odczuwał jednocześnie głębokie współczucie dla tych, których ono dręczyło. To właśnie wtedy postanowił im pomóc. Chciał znaleźć sposób wyzwolenia ich z oków pożądania, żeby nie musieli się odradzać w tym pełnym bólu świecie. Dążył do Przebudzenia, które wyzwoliłoby go z cyklu ponownych narodzin. A potem chciał poprowadzić innych odkrytą przez siebie ścieżką. Podjąwszy takie postanowienie, Siddharta uniósł się z łoża. Pożegnawszy szeptem żonę i syna, przywołał Czandakę i obaj pomknęli w noc w rydwanie ciągniętym przez rumaka Kantakę. Gdy dotarli na skraj lasu, Siddharta zsiadł z rydwanu i mieczem obciął swoje długie, czarne włosy. Dał je Czandace i przykazał mu, żeby zawiózł je z powrotem do pałacu na dowód tego, że rozpoczął nowe życie. Potem zmienił swoje kosztowne szaty na łachmany włóczęgi i ruszył w drogę jako bezdomny wędrowiec. Książę Siddharta Gautama miał dwadzieścia dziewięć lat, gdy stał się żebrakiem. Chwila ta znana jest jako Wielkie Wyrzeczenie.

***
Siddharta, nazwany wówczas Buddą zasłynął z tego przemówienia:

„Trzeba unikać dwóch skrajności, o asceci. Jedną jest życie w przyjemnościach i żądzy, upadlające i nieprzynoszące żadnej korzyści. Druga to życie polegające na torturowaniu samego siebie; jest ono pełne cierpienia i bólu... i nie przynosi żadnej korzyści. Unikając tych dwóch skrajności, wstępujemy na Środkową Drogę, prowadzącą nas ku Przebudzeniu”. Drogowskazami prowadzącymi ku Środkowej Drodze były Cztery Szlachetne Prawdy. Całe życie przepełnione jest cierpieniem. Przyczyną cierpienia jest pożądanie. Pożądanie można wyeliminować. A drogą pozwalającą je wyeliminować jest Ośmioraka Ścieżka.

***
A oto lista Buddy, na której znalazło się to, co jest niezbędne do wyeliminowania pożądania powodującego cierpienie: właściwe rozumienie, właściwe postanowienie, właściwa mowa, właściwe działanie, właściwe zarobkowanie, właściwy wysiłek, właściwa uwaga, właściwe skupienie. Właściwe rozumienie i właściwe postanowienie to znalezienie Środkowej Drogi i podążanie nią. Właściwa mowa to powstrzymywanie się od kłamstwa i obmowy oraz od grubiańskiego języka. Jeszcze ważniejsze jest powstrzymywanie się od złodziejstwa, zabijania, od karygodnych czynów i działań zarobkowych, mogących przynieść szkodę innym.

***
Mahawirę łączy z Buddą coś więcej niż geografia i chronologia. On również był księciem. A także, podobnie jak Budda, miał obsesję na punkcie cierpienia i jego przyczyn. On też porzucił uprzywilejowane życie w poszukiwaniu oświecenia, i zgadzał się z Buddą, że pożądanie niesie za sobą cierpienie. Ludzie są nieszczęśliwi, bo pożądają tego, czego nie mają. (…) Mahawira powiadał, że uwolnienie się z cyklu ponownych narodzin można osiągnąć jedynie, unikając zła i czyniąc dobro. Tak jak Budda, również on był zwolennikiem tworzenia list. Jest autorem pięciu dżinijskich przykazań. Nie zabijaj i nie zadawaj cierpienia istotom żywym. Nie kradnij. Nie kłam. Nie pożądaj niepotrzebnych ci rzeczy. Na pierwszy rzut oka nie widać w tych zasadach niczego odkrywczego. W wielu innych systemach istnieją takie same listy. Ale dżinizm wyróżnia powaga, z jaką traktuje on pierwsze przykazanie Mahawiry: nie zabijaj istot żywych i nie zadawaj im cierpienia. Ahinsa, czyli powstrzymywanie się od przemocy to jego kluczowa nauka. Absolutna i powszechna. Tylko całkowite powstrzymywanie się od przemocy może doprowadzić szukających zbawienia do zmiany karmy, która przykuwa ich do koła ponownych narodzin.

***
Tak jak złe czyny, również złe idee mogą obciążyć dusze. Historia potwierdza oczywiście, że spory w kwestii idei, włączając w to idee religijne, są jedną z najpoważniejszych przyczyn przemocy pośród ludzi. Dla wyznawców dżinizmu doktryna ahinsy o niestosowaniu przemocy dotyczy zarówno ludzkich idei, jak i ludzkiego ciała. Zasada: nie krzywdzić i nie stosować przemocy odnosi się nawet do życia umysłowego. Szanują odmienne sposoby postrzegania i przeżywania rzeczywistości, uznając, że nikt nigdy nie miał jej całościowego oglądu. Nazywają tę doktrynę anekantawada. Aby ją zilustrować, opowiadają historię o sześciu ślepcach, którzy mieli opisać słonia, dotykając różnych części jego ciała. Człowiek, który dotknął nogi słonia, stwierdził, że słoń podobny jest kolumnie. Ten, który dotknął ogona, porównał słonia do liny. Ten zaś, który dotknął trąby, uznał, że słoń jest jak gałąź drzewa. Człowiek macający ucho zwierzęcia porównał go do wachlarza. Ten, który gładził jego brzuch, powiedział, że słoń jest jak mur. „Słoń jest wielką piszczałką!”, zakrzyknął na to ten, który badał słoniowy kieł. Ich nauczyciel potwierdził, że wszyscy mieli słuszność w swych opisach słonia, ale każdy z nich pochwycił tylko jego część, a nie całość. Morał z tej historii jest taki, że ludzie są ograniczeni w swoim pojmowaniu rzeczywistości.
Nawet jeśli nie są na nią całkowicie ślepi, to postrzegają ją tylko z jednej perspektywy. Nie ma problemu, dopóki nie twierdzą, że ich wizja jest jedyną słuszną wizją i nie zmuszają innych do przyjęcia swojego światopoglądu. Dla dżinistów ograniczenie wiedzy to konsekwencja nierzeczywistości, w której jesteśmy uwięzieni na naszym padole łez. Jedynie oświeceni zdobywają doskonałą wiedzę. I cokolwiek byśmy nie myśleli o innych aspektach dżinizmu, jego zachęta do duchowego umiaru jest czymś rzadkim w religii. Religie lubią sądzić o sobie, że są alfą i omegą.

2. Izrael

Był to nowy sposób myślenia o bogach. Powszechnie uważano, że każde plemię ma swych własnych bogów. Pogląd, że jeden bóg sprawuje kontrolę nad ludzkim przeznaczeniem, a może nawet nad całą historią, był nowy i przerażający. Gdy Mojżesz spytał o imię tego, który doń przemawiał, otrzymał odpowiedź jeszcze bardziej niepokojącą. Brzmiała ona: „Jestem, który jestem”. Trudno było zrozumieć, co to właściwie oznaczało, ale odpowiedź sugerowała, że głos stanowił źródło wszelkiego życia, energii i znaczenia tego wszystkiego, co istnieje. A ci, do których mówił, czuli, że angażowanie się w to wszystko może być dla nich niebezpieczne.
Głos nie pozostawiał im miejsca na jakiekolwiek obiekcje. Pojawiał się znikąd w ich umysłach jak idea, od której nie ma ucieczki. Mówił im, że może być tylko jeden bóg, że tylko jeden bóg może być. Wszyscy pozostali bogowie to wymysły ludzkie, stworzone przez ludzką wyobraźnię albo uformowane ludzkimi dłońmi. Ci tak zwani bogowie byli kłamstwem. A kłamstwo niszczyło ludzki umysł i należało je odrzucić. Był tylko jeden prawdziwy Bóg: który wybrał dzieci Izraela, by głosiły tę prawdę światu. Nic dziwnego, że ci, którzy otrzymali to przesłanie, bali się. Świat roił się od bogów i tłumów ich fanatycznych wyznawców oraz interesów, które prowadzili w służbie tychże bogów. Znieważanie wiary było czymś złym, ale czymś jeszcze gorszym było to, że takie działania zagrażały ich działalności zarobkowej.

***
Większość z tych przykazań mogła dotyczyć każdej społeczności, która chciała funkcjonować razem, jako całość. Nie zabijać. Nie kraść. Nie cudzołożyć. Nie kłamać. Wolny dzień dla pracujących. Wszelkie tego typu racjonalne rozwiązania. Pierwsze Przykazanie też było zrozumiałe. Bóg, który wywiódł ich z Egiptu, był ich jedynym bogiem i nie wolno im było mieć innych bogów. Zgadzali się z tym. Powinieneś wspierać swoją drużynę. Izraelitów zaskoczyła jednak treść Drugiego Przykazania. Zakazywało im ono robienia wizerunków, nie tylko Boga, ale czegokolwiek. Żadnych obrazów! Żadnej sztuki!

***
Mniej więcej czterysta lat po Śmierci Dawida, kiedy Izraelici przebywali na wygnaniu w Babilonie i rozpaczali, wspominając ukochaną Jerozolimę, jeden z wygnańców przyniósł im posłanie od Boga. Nazywał się Ezechiel. Na początku beształ ich, wypominając grzechy przeszłości. Bóg nie wyzwolił ich z egipskiej niewoli po to, żeby skończyli tak jak wszystkie inne narody. Inne narody chciały być bogate, chciały zwyciężać i pysznić się swymi sukcesami. I posługiwały się swymi bogami, by cel ten osiągnąć. Religia była dla nich częścią polityki. Ale Bóg Izraela nie był bóstwem, którego politycy mogli używać w walkach o władzę.

***
Nawet dobrym ludziom przydarzają się złe rzeczy. Ostatnia księga w Biblii Chrześcijańskiej podzieliła te złe rzeczy i przypisała je Czterem Jeźdźcom Apokalipsy: Wojna, Głód, Choroba i Śmierć. Jeźdźcy ci galopują poprzez dzieje od ich początków i nie ma żadnych oznak, żeby kiedykolwiek mieli zwolnić. Każdemu trudno jest się z nimi mierzyć, ale stanowią szczególny problem dla ludzi religijnych. Jeśli nie wierzysz w Boga, jeśli istnienie nie ma dla ciebie żadnego ostatecznego sensu, wówczas cierpienie jest tylko niemiłą rzeczywistością, z którą musisz się jakoś zmierzyć. Ale jeśli wierzysz w Boga, pojawiają się w tym miejscu trudne i niewygodne pytania. Dlaczego Bóg dopuszcza do istnienia takiego bólu i cierpienia na świecie? I dlaczego dzieje się często tak, że dobrzy cierpią, a źli unikają przykrości? Wszystkie religie mają własne odpowiedzi na te pytania. We wczesnym judaizmie odpowiedź na nie brzmiała następująco: jeśli Izrael cierpi, to dlatego, że jest karany za swoje grzechy.

3. Zaratustra, Konfucjusz i Lao Tsy

Monoteizm robi wprawdzie porządek z milionami rywalizujących ze sobą bogów, ale przyczynia się zarazem do powstania innych problemów. Jak już widzieliśmy, problemem Izraela było cierpienie. Dlaczego to, że Bóg wybrał właśnie ich, przyniosło im bezustanny ból i cierpienie? Problem Zaratustry był głębszy i miał bardziej uniwersalny charakter. Ci, którzy cierpią, pytają, dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom. Zaratustra chciał pójść dalej, i zrozumieć przede wszystkim, jak to się stało, że dobro i zło pojawiły się na tym świecie. Dla ludzi życie było walką o przetrwanie. Walką nie tylko z żywiołami, ale również z innymi ludźmi, z których wielu było złych i obojętnych na ból, jaki sprawiali swym bliźnim. Skąd brało się całe to zło? I czy ci, którzy je znoszą, zostaną w jakikolwiek sposób wynagrodzeni, tych zaś, którzy je powodują, kiedykolwiek spotka za to jakaś kara? Takie właśnie pytania zrodziły się w umyśle zadowolonego z życia kapłana starej politeistycznej religii perskiej.

***
Podstawowa idea Konfucjusza jest przeciwieństwem twardego indywidualizmu albo kultu samotników, którzy stają do walki ze społeczeństwem i jego restrykcjami. Od chwili narodzin tkwimy w sieci najrozmaitszych relacji, jak uczył Konfucjusz, i nie możemy bez nich przeżyć. To, co dobre dla społeczności, jest również dobre dla jednostki, nawet jeśli czasem oznacza to konieczność rezygnacji z własnych pragnień. Życie jest pełne najrozmaitszych uwarunkowań. Społeczeństwo to ciało. Wszyscy jesteśmy częściami tego ciała. Poszczególne części nie mogą przetrwać samodzielnie. Spoiwem łączącym wszystko w jedną całość jest współczucie. Współczucie oznacza wspólne cierpienie. Współczujący ludzie starają się wczuć w doświadczenia innych, żeby spojrzeć na rzeczy z ich punktu widzenia. To właśnie u Konfucjusza spotykamy jedną z pierwszych wzmianek o czymś, co znane jest jako złota reguła etyczna. Spotkać ją można zarówno w wersji pozytywnej, jak i negatywnej: „traktuj innych tak, jak ty byś chciał być traktowany”; albo: „nie czyń innym tego, czego nie chcesz, by czynili tobie”. Słowem używanym przez Konfucjusza dla oddania ducha zrozumienia i sympatii w stosunku do innych było ren (cnota humanitaryzmu).

***
Laozi dostrzegł, że w naturze wszystko ma swoje uzupełniające całość przeciwieństwo. Nazwał owe przeciwieństwa yang i yin. Każde yin ma swoje yang, każde yang swoje yin. Aby ułatwić zrozumienie tego rozróżnienia, taoiści rysowali koło podzielone falistą linią na dwie równe części — jedną białą, drugą — czarną. Każdą z nich ma pośrodku kropkę koloru swego przeciwieństwa - na czarnej części jest biała kropka, a na białej — czarna. Podpowiada to nam, żebyśmy znajdowali samych siebie w naszych przeciwieństwach: białe w czarnym, czarne w białym, żeńskie w męskim, męskie w żeńskim, przyjaciela we wrogu, wroga w przyjacielu, Moją religię w twojej, a twoją w mojej. Trochę przypomina to ideę Konfucjusza - wyobrażanie sobie samych siebie na miejscu innych. Ale Laozi nadaje całej sprawie bardziej radosny wymiar. Nie chce, byśmy tolerowali inność. Chce, byśmy się nią upajali. Świat jest orkiestrą złożoną z setek różnych instrumentów współpracujących ze sobą, żeby powstała piękna muzyka. Równowaga, synchronizacja i harmonia. Oto trzy cechy tao.
Laozi zauważył, że ludzie tracą równowagę również dlatego, że chcą rządzić innymi ludźmi. Zamiast pozwolić im żyć własnym życiem, cały czas mieszają się w ich sprawy. Najbardziej ekstremalnym przykładem są tu osoby, które uważają, że ich sposób postępowania jest jedynie słuszny - od wstawiania naczyń do zmywarki po rządzenie państwem. Tacy ludzie żyją w stanie ciągłego rozdrażnienia, bo rzeczywistość nie dostosowuje się do wzorca, który chcieliby jej narzucić. Laozi mówi im: więcej luzu, uczcie się sztuki życia od roślin. Rośliny nie potrzebują wskazówek, jak mają rosnąć. Po prostu działają w zgodzie ze swą naturą. Dlaczego ludzie nie mogą postępować tak samo? Dlaczego nie mogą przestać się wtrącać w nie swoje sprawy? Dlaczego nie pozwalają, by sprawy toczyły się własnym trybem? Laozi określał swoje podejście do życia mianem wuwei, działaniem poprzez niedziałanie. To tyle, co pozwalać, żeby rzeczy same się działy. Nie akceptował praw i regulacji ani sposobu, w jaki nałogowi organizatorzy upychają wszystkich w wyznaczonym przez siebie miejscu w kole życia, zamiast celebrować to, co ich różni.
Ktoś, kto przyjmuje taką postawę życiową, określany jest mianem anarchisty — to kolejne greckie słowo, oznaczające kogoś, kto jest przeciw rządowi. Taoistom nie tyle chodzi przy tym o absolutną opozycję przeciw rządowi, co raczej o równowagę i zachowanie właściwych proporcji w rządzeniu. To kwestia nieufności w stosunku do dominującej roli prawodawców w społeczeństwie i nieakceptowania sposobu, w jaki próbują ukształtować wszystkich na to samo kopyto. W opozycji do anarchisty stoi legalista, ktoś, kto wierzy, że prawo to jedyny sposób sprawowania kontroli nad ludzką naturą. Coś staje się problemem dla społeczności? Zdelegalizować! Zakazać! To zwykła śpiewka legalistów.

W przeciwieństwie do Konfucjusza, który chce kontrolować ludzką naturę z pożytkiem dla społeczeństwa jako całości, Laozi pragnie dać jednostce tyle wolności, ile jest w społeczeństwie możliwe. Kontrastowe światopoglądy, yin i yang, każdy ze swoimi zaletami. Ale legaliści, jako że są wielkimi organizatorami historii, rzadko pozwalają sobie na chwilę wytchnienia i zwykle biorą górę w kwestiach religijnych oraz społecznych, narzucając swą wolę innym. A jeśli będą musieli, będą nawet toczyć wojnę, żeby tę wolę przeforsować. Laozi nienawidził wojny, niszczycielki ludzkiej harmonii. Być może, gdyby ludzie go słuchali, więcej byłoby na tym świecie radości, a mniej wojen.

4. Islam

Mahomet należał do tej specjalnej grupy ludzi, którzy swym wzrokiem nieustannie prześwietlają świat lub wręcz sięgają w zaświaty, by szukać sensu i celu istnienia. Którzy są oburzeni ohydą i nieprawością w ludzkiej społeczności. Szanując sposób, w jaki religią łączy ludzi z duchową, nadzmysłową rzeczywistością, wiedzą również, z jaką łatwością możni tego świata manipulują religią dla własnych celów, wbrew dobru ludzi, którym ma ona nieść pomoc.

***
Podział w islamie spowodował powstanie dwóch grup, które stały się później znane jako sunnici i szyici. Sunnici stanowili liczniejszą grupę. Szyici byli schizmatykami, którzy odcięli się i ustanowili własne wyznanie. Sunnici to ludzie, którzy stosują się do oryginalnej sunny Proroka. Szyici (nazwa ta znaczy tyle co stronnicy Alego) uważali, że następcą Proroka powinien być imam, czyli potomek Mahometa. Fakt, że w obu tych grupach powstały kolejne liczne schizmy jest świadectwem tego, jak kruche są religie, w szczególności wtedy, gdy dochodzi do sporów o władzę.
Walki o przywództwo we wspólnotach religijnych to przykłady ludzkiej słabości, wyrażającej się w dążeniu do narzucania swej woli innym. Uwydatniają one ziemski aspekt religii. Są jej ponurym przejawem, ale też nie da się ich uniknąć. Z drugiej strony religia objawiona ma nas przenieść prosto do boskiego umysłu i niebiańskiego życia. Niepokój wzbudzać więc musi odkrycie, że ta sama dążność do podziału istnieje również na tamtym świecie. A życie po śmierci jest bardzo podobne do życia przed Śmiercią. Pamiętajmy, że według Koranu ukazuje on nam to, co czeka nas w zaświatach po śmierci — gdy skończy się nasza ziemska wędrówka. Dwie z tych wizji sprawiają, że z przejęcia możemy przełknąć ślinę.

5. Chrześcijaństwo – tradycje i reformacje

Nawrócony to kolejna postać w dramacie religii. Konwersja, czyli zmiana wyznania, nawrócenie, oznacza obrócenie się i spojrzenie w odwrotnym kierunku. Większość ludzi z latami zmienia przekonania. Zwykle jest to jednak stopniowy, powolny proces. Konwersja religijna rzadko wygląda w ten sposób. Nawrócić można się w mgnieniu oka. To gwałtowny zwrot o 180 stopni. Bywa tak nagły, że nawróceni określają to potem jako ponowne narodziny. Analogia do narodzin jest jak najbardziej uzasadniona, bo przypomina nam, że potrzeba czasu, by dziecko przyszło na świat, niezależnie od tego, ile trwa sam poród. W tym samym sensie moment nawrócenia może być nagły, ale często stanowi punkt kulminacyjny procesu trwającego latami. Konwertyci to żyjące w niezgodzie ze sobą dusze, walczące przeciw czemuś, co pociąga ich wbrew nim samym. Jeśli dadzą za wygraną, przez całe życie będą podążać w kierunku, w którym wcale nie chcą iść. Walczą zatem, czasem wręcz dosłownie, przeciw temu, czemu pragną się podporządkować.

***
Religia doskonale potrafi modyfikować swoje co bardziej ekstremalne nauki. Widzieliśmy już uczonych muzułmańskich, wskazujących, że doktryna predestynacji w Koranie była niezgodna z miłosierdziem Allaha. Podobnie stało się z Kościołem katolickim i z piekłem. Czy nie istniała jakaś pośrednia droga dla tych, którzy ani nie byli wystarczająco dobrzy, by po śmierci pójść do nieba, ani wystarczająco źli, by trafić do piekła? Czyż nie byłoby wspaniale, gdybyśmy założyli jakiś ośrodek treningowy, w którym można by poprowadzić intensywne przygotowania dla grzeszników do egzaminu poprawkowego do nieba? Pomysł zatwierdzono i w dwunastym wieku oficjalnie ustanowiono takie miejsce. Nazwano je czyśćcem.(…)
Utworzenie czyśćca było aktem miłosierdzia, który zmniejszył nieco strach przed umieraniem. Ale Kościół miał sposoby by skorumpować nawet swoją własną dobroć. Tak właśnie stało się w tym przypadku. Zamienił czyściec w prawdziwą maszynkę do robienia pieniędzy, na tyle szokującą, że doprowadziła do rozłamu w Kościele katolickim.

***
Luter dostrzegł, że można w inny sposób rozumieć relacje człowieka z Bogiem. Dotychczas religia budziła w ludziach lęk, że Bóg chce ich dostać w swe ręce. Mieli zdać egzamin, do którego pytań nigdy nie widzieli na oczy. To dlatego religie tak ostro ze sobą rywalizowały. Tylko one znały treść pytań egzaminacyjnych. Tylko one mogły przygotować cię do testu, na który zapisano cię w chwili twych narodzin, gdy nie miałeś jeszcze pojęcia o niczym. Ale Luter dostrzegł inny sposób postrzegania Boga. Zobaczył miłość, miłość, która ofiarowywała się światu bez żadnych warunków i żądań. Jeśli to była prawda, ludzie mogli żyć wolni i szczęśliwi, bez spoglądania ze strachem za siebie, czy nie ma tam mściwego boga, który za chwilę dostanie ich w swoje ręce.
Żeby zrozumieć radykalizm przekonania Lutra, musimy sobie przypomnieć, jak tradycyjnie funkcjonowały religie. Były między nimi różnice, ale to, co je łączyło, można ująć jednym słowem: „żądania”. Religie miały zbawić mężczyzn i kobiety od strasznego losu. Ale by zostać zbawionym, trzeba było wierzyć w określone doktryny i wykonywać określone zadania. Religia była czymś, co Rzymianie określali mianem quid pro quo, czyli coś za coś. Uwierz w to, zrób to, a rezultat będzie taki, a nie inny. Czasem żądania były negatywne. Nie wierz w to! Nie rób tego! Jeśli zaakceptowałeś ideę wymagającego boga, na której wszystko się opierało, brzmiało to całkiem rozsądnie. Religia była transakcją, układem, polisą ubezpieczeniową. Był nią też z pewnością odpust. Kup go, a zabezpieczysz swoją przyszłość. Nie dotyczyło to tylko religii - na takich zasadach opierało się wiele relacji międzyludzkich. Aby coś zarobić, musiałeś najpierw zainwestować. Był to po prostu biznes.
Jezus postrzegał relacje ludzi z Bogiem zupełnie inaczej. Ale to, co mówił, było tak zagadkowe, że przywódcy Kościoła nigdy nie próbowali postępować w zgodzie z jego słowami.

6. Sikhizm i Bahaizm

Sikhizm w przeciwieństwie do chrześcijaństwa i islamu nie jest religią misyjną. Przypomina judaizm w tym, że stanowi źródło tożsamości zarówno narodowej, jak i religijnej. I chociaż z radością przyjmuje nowo nawróconych, nie szuka ich na krańcach świata. To dlatego, że w odróżnieniu od wyznawców religii, które postrzegają siebie jako jedyne źródło zbawienia, sikhowie uważają, że jest wiele dróg prowadzących do Boga. Uwidacznia się w tym wielkoduszność charakterystyczna dla indyjskiej duchowości, w odróżnieniu od nietolerancji cechującej zwykle chrześcijaństwo na Zachodzie.

***
Zdaniem bahaistów wszystkie religie światowe rozumieją część tajemnicy Boga, wszystkie powinny być zatem darzone szacunkiem. Ich wizje Boga są prawdziwe. Ale żadna z nich nie ma jego pełnego obrazu. Nawet bahaizm. Jest on po prostu najbardziej aktualną wersją jego wizerunku. I ma w sobie piękno prostoty. Uznaje, że istnieje wiele religii, ale wszystkie mówią o tym samym Bogu. W tym sensie wszystkie są jedną wielką religią. Łączy je obiekt obserwacji, a nie punkt widzenia. Religie zapominają o tym. Mylą to, co obserwują, z tym, kto obserwuje. To wciąż ta sama przypowieść o słoniu i ślepcach, postrzegających go odmiennie. Słoń jest jeden, ale istnieją różne punkty, z których się go widzi.
Jaki jest zatem punkt widzenia bahaizmu? Stwierdzenie, że istnieje jeden Bóg, to nie żadna rewelacja. Ale bahaiści podkreślają, że ludzkość też jest jedna. Jedność rasy ludzkiej to dla nas tak samo ważna lekcja, jak jedność Boga. I ma to bardzo poważne praktyczne implikacje. Dramat religii uważających, że ostatnie słowo w kwestii Boga należy do nich, polega na tym, że dzielą ludzkość na walczące ze sobą frakcje. Religia staje się wtedy największym wrogiem ludzkości. Ale gdy taka religia uświadomi sobie, że chociaż wszystkie religie spoglądają na Boga pod różnym kątem, to jednak jest to cały czas ten sam Bóg, może wtedy zacząć jednoczyć ludzi zamiast ich dzielić. To dlatego bahaiści odgrywali główną rolę w ruchu jednoczącym światowe religie w nową formę globalnego ekumenizmu zwaną Parlamentem Religii Świata. Po raz pierwszy zgromadzenie to miało miejsce w Chicago w 1893 roku. Kolejne odbyło się sto lat później, w 1993 roku. Ostatnie spotkanie odbyło się w Salt Lake City w październiku 2015 roku. Parlament stanowi sygnał, że w dzisiejszych czasach niektóre religie chcą skończyć z latami podziałów. Daje też nadzieję na początek nowej ery przyjaźni i wspólnych dyskusji.

Bahaiści są świadectwem jedności Boga i jedności ludzkości. Cechuje ich prosty i charakterystyczny sposób praktyki duchowej. Nie mają wyspecjalizowanego stanu kapłańskiego. Nie ma też wśród nich doktrynalnej jedności. Praktykują wiarę głównie we własnych domach i mieszkaniach. Ale jej ceremoniały przypominają o tym, że korzenie bahaizmu tkwią w islamie. Po rytualnym obmyciu rąk i twarzy bahaiści modlą się z twarzą skierowaną w określonym kierunku. Nie ku Mekce, ale ku mauzoleum ich proroka Baha Allaha w Izraelu. Modlitwa jest prosta: „Daję świadectwo, o mój Boże, że stworzyłeś mnie, abym Cię znał i wielbił... Nie ma innego Boga poza Tobą, Pomocą w Niebezpieczeństwie...”.
Bahaizm jest ilustracją nowego trendu religijnego: odwrotu od dawnych podziałów ku nowej formie jedności. Nie takiej, która polega na scalaniu różnych systemów w nową instytucję. Ale na odkrywaniu jedności już istniejącej: jedności wszystkich ludzi.

7. Skrajny fundamentalizm i ortodoksja

Historia uczy nas, że ludzie lubią nienawidzić innych, a nienawidzimy najczęściej tych, którzy mają odmienne od nas poglądy. Rasy, klasy, kolor skóry, orientacja seksualna, polityka, a nawet kolor włosów mogą nas pobudzić do podłych zachowań. Oczywiście może je spowodować również religia. To prawda. Nienawiść religijna jest najprawdopodobniej najbardziej zabójczą postacią tej choroby, bo ludzka niechęć zyskuje w niej boskie usprawiedliwienie. Zdarza się, że nienawidzisz ludzi, bo nie zgadzasz się z ich zdaniem. Ale twierdzenie, że to Bóg ich nienawidzi i chce ich śmierci, to już coś zupełnie innego. Warto zwrócić uwagę, jak bardzo niebezpieczne dla relacji międzyludzkich mogą być ugruntowane przekonania religijne.

***
Władza jest najbardziej uzależniającym narkotykiem, a ludzie zdolni są niemal do wszystkiego, by ją przejąć i utrzymać. Ale strony w sporach o przywództwo religijne zawsze zachowują ostrożność i przysłaniają swoje ambicje świętymi sukniami. Nigdy nie mówi się otwarcie o zwykłej polityce. Rzecz dotyczy zawsze posłuszeństwa Bogu. Widzieliśmy już, jak wyglądały walki między szyitami i sunnitami w islamie. Szyici uzasadniali swoje dążenie do władzy teorią, związaną z pochodzeniem od Proroka. Podobnie argumentował papież. Chodzi o sukcesję.

***
Dla takiego zamkniętego umysłu jedyny cel życiowy stanowi narzucenie swoich poglądów wszystkim innym. Ten rodzaj przekonania co do słuszności własnych poglądów nosi nazwę ortodoksji, od greckiego słowa oznaczającego prawdziwą albo słuszną wiarę. Ktoś taki jak prezydent Kennedy, który sprzeciwiał się ortodoksyjnym poglądom na broń jądrową, był heretykiem, którego zdanie było herezją. Słowo heretyk również pochodzi ze starożytnej greki — oznaczało dawniej kogoś, kto sprzeciwia się powszechnie przyjętym poglądom. Ortodoksje i herezje dotyczą całego ludzkiego życia, ale mają szczególne znaczenie w religii. Obserwacja tego, jak funkcjonują, pomoże zrozumieć, dlaczego w obrębie poszczególnych religii panuje ciągła, czasem bardzo gwałtowna niezgoda.
Właściwie wszystkie religie rozpoczęły się od herezji. Prorok reaguje na wewnętrzny głos, który podważa powszechnie panującą opinię, w taki sposób, jak Abraham szydził z bogów w sklepie swojego ojca. Potem najczęściej następuje podział — heretyk odchodzi i staje się założycielem nowej religii albo jej konkurencyjnej odnogi. Czasem heretycy wygrywają spór i ich idee stają się nową ortodoksją. Albo też ortodoksi pozostają głusi na argumenty i nowa inspiracja szuka sobie miejsca gdzie indziej. Czasem zamknięte umysły otwierają się na tyle, by wchłonąć nowe idee.
Żydzi opanowali cały ten proces lepiej niż wyznawcy innych monoteistycznych religii. Od początku spory i niezgoda zajmowały bardzo ważne miejsce w ich życiu. Oczywiście we wszystkich religiach pojawiają się spory, ale większość z nich kończy dyskusję tak szybko, jak to jest możliwe, i ustala wytyczne, które każdy musi zaakceptować albo opuścić wspólnotę. Lubią porządek. Religia żydowska nigdy taka nie była. Uznawała, że w religii nie ma kwestii, o których nie można dyskutować. Uważała, że lepiej było rozwijać się w sporach, niż zamknąć swoje poglądy w metalowych kasetkach na cztery spusty, a klucz wyrzucić. W sercu świętej księgi judaizmu znajdziemy heretyka zwanego Hiobem, występującego we własnej sprawie przeciw ówczesnej ortodoksji.

***
Jeśli odwaga zdobycia wiedzy o tym, jak działa natura, stanowiła jeden z impulsów oświecenia, to innym był wstręt do wieków religijnej przemocy. Zabobony były wystarczająco złe. Ale wojny były gorsze. Myśliciele oświeceniowi dostrzegali, jak bardzo religie zawsze spierały się ze sobą. Każda uważała, że jest w posiadaniu prawdy objawionej przez Boga, a każda inna się myli. A gdy jakaś religia przejęła kontrolę nad danym krajem, usiłowała zmusić wszystkich, by tańczyli tak, jak im zagrała. Było to wystarczająco złe. Ale jeszcze gorsza sytuacja zdarzała się, jeśli w kraju funkcjonowały dwie religie, współzawodniczące ze sobą. Skakały sobie do gardeł cały czas, tak jak się to działo w Europie od czasów reformacji. Kiedy jednak tych religii było trzydzieści, wydawało się, że wszystkie żyją ze sobą w pokoju!
Oświecenie wyciągnęło stąd dwa wnioski. Pierwszy z nich brzmiał, że im więcej religii jest w jakimś społeczeństwie, tym jest ono bezpieczniejsze dla każdego. A zatem najlepszą gwarancją pokoju byłby zakaz dyskryminacji i praktykowanie tolerancji.

***
Ze wszystkich przejawów wyższości, które zrodziły się z ludzkiej próżności, wyższość religijna jest najtrudniejsza do zniesienia.

8. Ateizm i humanizm

Jeśli twoim zdaniem Bóg nie bawi się w faworyzowanie jednych kosztem drugich, jak jakiś chory umysłowo tyran, masz tylko dwie możliwości wytłumaczenia tego dylematu. Jedna z nich, która wydaje się oczywista, to ta, że Boga nie ma. To, co nazywamy Bogiem, jest ludzkim wymysłem, mającym między innymi usprawiedliwić upodobanie do przemocy i nienawiść wobec obcych. Pozbycie się Boga nie rozwiązuje problemu przemocy, ale usuwa jeden z pretekstów do niej. Ale jeśli nie chcesz opuścić Boga, musisz się poważnie zastanowić. Musisz zadać sobie pytanie, co wydaje się bardziej prawdopodobne: czy to, że Bóg jest jakimś morderczym maniakiem, jakiego często robi z niego religia? Czy może to, że religia źle pojmuje Boga i myli własne okrucieństwo z jego wolą? Jeśli zdecydujesz, że bardziej prawdopodobne jest to, że religia nie rozumie Boga niż to, że Bóg jest potworem, jakiego robią z niego czasem jego kaznodzieje, to masz problem. Okazuje się bowiem, że religia może być większym wrogiem Boga niż ateizm. Ateizm twierdzi, że Bóg nie istnieje. Jeśli Bóg istnieje, to pewnie bardziej bawi go, niż gniewa, tupet ateistów. Ateista i tak wkrótce się przekona, jak jest w rzeczywistości! Ale jeśli Bóg nie jest potworem, to raczej nie bawią go nauczyciele religii, którzy robią z niego monstrum. Dochodzimy więc do wniosku, że chociaż religie twierdzą, iż odsłaniają światu prawdziwą naturę Boga, w rzeczywistości spędzają większość czasu, ukrywając go w gęstej mgle własnego okrucieństwa.
W Piśmie Świętym można się natknąć na koncepcję, że religia jest najzagorzalszym przeciwnikiem Boga. Znajdziemy ją w słowach Jezusa, który zauważył, jak łatwo jest użyć religii nie tylko dla uzasadnienia czynienia zła, ale również jako wymówki dla nieczynienia dobra. Złą religią była ta, która skłoniła kapłana i lewitę do przejścia na drugą stronę drogi, bo człowiek, który padł ofiarą napaści złodziei, nie był jednym z nich!
A zatem tak — religia przyczyniała się i wciąż się przyczynia do okrutnej przemocy. I po raz drugi tak —używała Boga do usprawiedliwiania takich działań. Jeśli więc uważamy Boga za pełnego miłości twórcę wszechświata, to albo on nie istnieje, albo religia go nie pojmuje. Tak czy owak, religia powinna budzić w nas czujność. Nie oznacza to, że należy ją całkiem porzucić. Możemy zdecydować, by przy niej pozostać, ale uczynić to z pokorą, uznając zarówno zło, które czyniła, jak i dobro. To zależy od nas samych.

***
Zbyt wcześnie jest, by przewidzieć, czy humanizm tego rodzaju przeżyje i rozwinie się, czy też może przygaśnie i odejdzie w niebyt. Świeckie religie próbowały swych sił wcześniej, ale po krótkim czasie znikały z powierzchni ziemi. Krytycy twierdzą zawsze, że takie religie są jak picie bezalkoholowego piwa albo bezkofeinowej kawy. Jaki jest ich cel?
Wszystko to dowodzi zarówno siły przyciągania religii, jak i trudności, z jakimi boryka się świecki umysł kobiet i mężczyzn w jej przypadku. Świeccy humaniści mogą podziwiać jej osiągnięcia, ale nie akceptują nadnaturalnych wierzeń, na których ona bazuje. Są podejrzliwi wobec takich form autorytetu, który jakoby nie podlega ludzkiej rewizji. Widzą powolność, z jaką religia dostosowuje się do pozytywnych zmian w ludzkim zachowaniu i ociąganie, z jakim akceptuje konsekwencje nowej wiedzy. Religia niechętnie poznaje nowe — woli się kurczowo trzymać tego, co stare.

_________________________________________________________________

B. DOBRY BÓG DLA WSZYSTKICH LUDZI - MUZYKA

1. Alpha Blondy – God is One

Niezależnie jaką religie wyznajesz – Bóg jest jeden.

„Some call him Allah
Some call him Adonaï
Some call him Jehovah
JÉSUS, Yahweh, Buddha, Krishna
But He's one, yes He's ONE
Like a tree with many branches
Many in ONE…
Alleluja God is Great
Alleluja God is ONE”

2. Dżem – Sobie potrzebni

"Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga" to fragment tekstu tej piosenki. Utwór podkreśla jedność ludzi, wskazując, że wszyscy jesteśmy równi, potrzebujemy siebie nawzajem jak chleb i woda. Piosenka niesie uniwersalne przesłanie o braterstwie i wzajemnej potrzebie istnienia.

3. Bob Marley – One Love

Przypomnienie o wspólnych korzeniach wiary i miłości w obliczu podziałów świata.

"One love, one heart
Let's get together and feel all right."

4. John Lennon – Imagine


Uważany za hymn pokoju, nadziei i uniwersalnego braterstwa.

„Imagine there's no heaven
It's easy if you try
No hell below us
Above us only sky”

5. U2 – One

Tematycznie utwór dotyka kwestii podziałów i pojednania — zarówno w relacjach osobistych, jak i społecznych — a jego powstanie towarzyszyło przemianom w Niemczech po upadku muru berlińskiego. Wiele interpretacji widzi w nim duchową jedność ludzi mimo różnic.

„One love, one blood
One life, you got to do what you should
One life, with each other
Sisters, brothers

One life but we're not the same
We get to carry each other, carry each other.”

6. Depeche Mode - People Are People

Tekst utworu porusza problem nietolerancji i uprzedzeń religijnych, nawołując do empatii i równego traktowania ludzi.

„People are people, so why should it be
You and I should get along so awfully?

So we're different colours and we're different creeds
And different people have different needs
It's obvious you hate me, though I've done nothing wrong
I've never even met you, so what could I have done?

I can't understand
What makes a man
Hate another man
Help me under stand”

7. The Youngbloods - Get Together

Niesie przesłanie pokoju, miłości i jedności, streszczone w refrenie: “Come on people now, smile on your brother, everybody get together, try to love one another right now”. Tekst odzwierciedla duchowość i idealizm ery hippisowskiej, stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych protest songów swojej epoki.

8. We Are the World

To charytatywny singiel z 1985 roku napisany przez Michaela Jacksona i Lionela Richiego, nagrany przez supergrupę USA for Africa w celu wsparcia głodujących w Afryce. Utwór stał się hymnem jedności, wzywającym do zbiorowej odpowiedzialności i pomocy potrzebującym.

„There comes a time
When we heed a certain call
When the world must come together as one
There are people dying
Oh, and it's time to lend a hand to life
The greatest gift of all
We can't go on
Pretending day by day
That someone, somewhere will soon make a change
We are all a part of God's great big family
And the truth, you know, love is all we need”

9. Matisyahu - One Day

Żydowski artysta reggae. Wizja dnia, gdy ludzie będą żyć w pokoju i jedności.

10. Timmy Thomas - Why Can't We Live Together

Pytanie o sens podziałów rasowych i religijnych.

11. George Harrison - My Sweet Lord

W tekście pojawiają się:

Hallelujah (tradycja judeochrześcijańska) i Hare Krishna (hinduizm). Harrison chciał pokazać, że różne religie szukają tego samego Boga.

12. Jordi Savall - Jerusalem: La Ville des Deux Paix

Wielkie dzieło Savalla ma bardzo konkretną ideę: pokazanie historii Jerozolimy jako miasta spotkania trzech religii – judaizmu, chrześcijaństwa i islamu – oraz dramatu konfliktów, które przez wieki się tam rozgrywały. Savall podkreślał w wywiadach, że projekt miał być muzycznym apelem o pokój i dialog religii. Mówił: Jerozolima jest duchowym centrum świata, religie powinny łączyć ludzi, a nie dzielić, muzyka może być językiem pojednania. Według Savalla historia Jerozolimy ujawnia paradoks: miasto święte dla wszystkich, a jednocześnie miasto niekończących się konfliktów.

13. Nemrud - At the End of the Day

„(…) Tyle dobra jest w najgorszym z nas / I tyle zła w najlepszym z nas / Musisz odkryć swoją nienawiść / Odrzucić swoje ograniczenia” – usłyszymy na najnowszej, świetnej płycie Nemrud - progresywnej kapeli z Turcji. Lider tak opowiada o niej: „(…) W swojej istocie, album „At the End of the Day” ma poprowadzić słuchaczy przez szeroki łuk emocjonalny, odzwierciedlający zarówno kruchość, jak i odporność ludzkiego doświadczenia. Nie chcieliśmy, aby album po prostu opisywał ciemność; chcieliśmy, aby poruszał się przez nią, pozwalając każdemu słuchaczowi skonfrontować się z własnymi pytaniami, wątpliwościami i refleksjami. Podróż rozpoczyna się od poczucia wewnętrznego konfliktu, poczucia stania na progu, gdzie coś się zmienia, zarówno osobiście, jak i zbiorowo. W miarę rozwoju albumu muzyka prowadzi słuchacza przez napięcie, niepewność i chwile emocjonalnej turbulencji. Te fragmenty mają być chwilami niepokojące, ponieważ odzwierciedlają świat, w którym żyjemy. Ale im dalej podróżujesz, tym bardziej poszerza się perspektywa. Muzyka stopniowo otwiera się na szersze, bardziej kontemplacyjne przestrzenie, gdzie rezygnacja przeradza się w akceptację, a akceptacja w cichą formę nadziei. Gdy ostatnie nuty ucichną, naszym zamiarem jest, aby słuchacz poczuł poczucie uwolnienia, niekoniecznie rozwiązania, ale głębszego zrozumienia własnego krajobrazu emocjonalnego. Dzięki temu album jest mniej nastawiony na udzielanie odpowiedzi, a bardziej na oferowanie przejścia: podróży od zgiełku zewnętrznego świata do wewnętrznej ciszy, gdzie mogą zacząć kształtować się jasność i znaczenie”.

14. Rebekka Bakken - Nord

W ostatnim czasie ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta płyta Rebekki (ur. 1970r.). Norweska piosenkarka interpretuje kilka hymnów luterańskich bardzo jasno wyrażających ideę sola gratia i solus Christus, ale pojawia się też utwór z tekstem mistyczki sufickiej z VII w. Rabii al-Basri. Treść tej modlitwy jest niezwykła: „nie chcę Cię kochać dla nagrody w niebie, nie chcę Cię kochać ze strachu przed piekłem, chcę Cię kochać tylko dlatego, że jesteś Bogiem”. Rebekka wychowana była przez matkę, która była teologiem, a jako dziecko nie lubiła chodzenia do kościoła, ale te melodie zostały w jej pamięci i po latach wróciły jako inspiracja muzyczna. Sama nie jest chrześcijanką, a wywiadach mówi o duchowości, tęsknocie za sensem życia, inspiracji naturą.

_________________________________________________________________

C. DOSKONAŁE JEST WROGIEM DOBREGO - REFLEKSJA

Czytaliśmy w książce, że Budda odkrył Środkową Drogę – ani życie w luksusie, ani umartwianie się nie jest rozwiązaniem, a raczej skupienie się na dobroci względem innych. Mahawira nakazywał: unikaj zła i czyń dobro: nie kłam, nie kradnij, nie pożądaj, a szczególnie – nie zabijaj. Stwierdził też, że ludzie są ograniczeni w swoim pojmowaniu rzeczywistości, jak ślepcy opisujący słonia. Obserwowaliśmy, że często religia stawała się częścią polityki, a fundamentalizm prowadził do przemocy i wojen. U Konfucjusza spotykamy jedną z pierwszych wzmianek o czymś, co znane jest jako złota reguła etyczna: traktuj innych tak, jak ty byś chciał być traktowany. Lao Tsy ten temat rozwinął. Mahomet odrzucił politeizm i nawoływał do pomocy ubogim, sierotom i wdowom. Zresztą wszystkie te religie w jakimś stopniu po omacku zahaczają o nauki Jezusa.
Wsłuchiwaliśmy się w piękną muzykę i choć Alpha Blondy uważa, że Krishna i Jezus to ten sam Bóg, a Rebekka Bakken łączy Islam z tradycją protestancką; to są to artyści, którzy na swój sposób szukają Boga Jedynego, może wkrótce Go znajdą, w każdym razie wszelkie poszukiwania są dobre, pod warunkiem, że nie zatrzymają się na płyciznach.

Dobrzy ludzie szczerze czynią dobro, a dobro jest zawsze dobrem i prawda jest prawdą. To nie ulega wątpliwości. Wszystkie religie mają w swoich korzeniach takie wartości jak miłość, pokój, szacunek, współczucie. Większość religii (pomijając skrajności) to reakcja na zło, krzywdę, wojny, cierpienie, ale też próba wyjaśnienia tego, co po śmierci. Ekumenia chce połączyć różne wyznania na zasadzie wspólnego mianownika. Ateizm i humanizm to też ruchy, które pragną żyć w pokoju, z dala od wojen religijnych, w duchu tolerancji i miłości bliźniego. Jest wiele piękna w tej różnorodności, a szczerość, prostota, miłość wielu ludzi, a także ich osiągnięcia – są godne docenienia, pochwały i obdarzenia sympatią.

1. Idea Stwórcy

Jednak…! Jeżeli chodzi o idee Stwórcy co do stworzenia, to sprawa ma się zupełnie inaczej. Jak mawiał Voltaire – Doskonałe jest wrogiem dobrego. Zło na ziemi zaczęło się od pierwszego grzechu. Cała ludzkość z tego powodu została skazana na potępiający wyrok śmierci i piekło, z chwilowym zawieszeniem na te 70-80 lat ziemskiego życia. Mało tego - wszyscy rodzimy się pod panowaniem grzechu, bez możliwości wyjścia z tego impasu. Grzech to po prostu nietrafienie do celu, którym jest bliska i czysta relacja z Bogiem przez Jezusa Chrystusa. Jest ona celem i motywem stworzenia. Stwórca jest właścicielem ziemi. Czasem jesteśmy tego świadomi, a często nie.

2. Wiara, chrzest, uczniostwo

Jak naprawić to, co przed wiekami runęło? Rozwiązanie jest i proste i trudne. Proste, ponieważ jest sprawiedliwe, uniwersalne i osiągalne dla każdego człowieka, a nawet specjalnie skrojone na miarę jego duszy. Inkarnacja Bożego Syna, Jego ofiara i śmierć za grzechy ludzkości oraz Jego zmartwychwstanie to otwarcie darmowej drogi do pojednania z Bogiem. Skuteczna recepta streszcza się w trzech słowach: wiara, chrzest i uczniostwo. „Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony” Mk 16,16.

Skoro to takie proste, to dlaczego takie trudne?
Człowiek zmysłowy nie przyjmuje spraw Ducha Bożego. Są one dla niego głupstwem, nie jest w stanie ich pojąć, gdyż trzeba je duchowo rozsądzać” 1 Kor. 2,14.
Trudne, bo skupiamy się na doczesności, bo z natury lubimy INNYCH bogów (idee, filozofie, ego, idole, kapłani, guru, hobby, płaska ziemia itp), bo jesteśmy dumni, bo wolimy po swojemu (bądź wola moja), bo mamy apetyt na własną chwałę, bo - jak pokazały to powyższe opowieści o religiach - mamy problem z pożądaniem, bo jesteśmy na usługach Bożego przeciwnika, bo jesteśmy nieskorzy do ukorzenia się przed Jedynym. Tymczasem Stwórca mówi o Chrystusie: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” Mat 17,5. I TYLKO Jego, ponieważ „nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni” Dz 4,12. Dotyczy to wszystkich ludzi w historii, niezależnie od kultury, urodzenia, gustu itp.

Zatem bycie dobrym człowiekiem nie wystarcza, a nawet jest to pewnego rodzaju pułapka. Myślimy, że nie jesteśmy aż tak źli, jak ci drudzy. Spokojnie dajemy radę bez Kościoła i Boga. Nasze promieniowanie dobrem, uprzejmością, filantropia, bezinteresowność są już na tym poziomie, że zdecydowanie idziemy w dobrą stronę, jesteśmy po stronie dobra, a nie zła. Jednak Pismo jest jednoznaczne: „Głupi rzekł w sercu swoim: Nie ma Boga. Są znieprawieni, popełniają ohydne czyny; nie ma nikogo, kto by dobrze czynił. Bóg spogląda z niebios na ludzi, aby zobaczyć, czy jest kto rozumny, który szuka Boga. Wszyscy odstąpili, wspólnie się splugawili, nie ma, kto by dobrze czynił, nie ma ani jednego” Ps 53,2-4.

A niektórzy nawet myślą, że spędzając mnóstwo czasu na sprawach kościelnych, hołdując chrześcijańskim wartościom, angażując się w służbę biednym i potrzebującym – myślą, że z pewnością wypracowali w ten sposób swoje zbawienie. Jest to przeważnie gorliwość nierozsądna, próbująca ustanowić własną sprawiedliwość (Rz.10,2-3). Tymczasem apostoł Paweł mówi do wierzących w Efezie: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, jest to dar Boga. Nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił” Ef 2,8-9. A Rzymianom przypomina wielką prawdę, że nie ma w nas nic, nawet źdźbła dobroci, które mogłoby podobać się Bogu: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga; a zostają usprawiedliwieni darmo, z jego łaski, przez odkupienie, które jest w Jezusie Chrystusie” Rz 3,23-24.

Tylko Bóg jest tak naprawdę dobry (Łk 18,19). Doskonale dobry. Każdy człowiek jest Bożym dziełem, ma w sobie jakby cząstkę Boga, ale nikt z nas nie jest dobry i nie jest dzieckiem Bożym (jak chciałoby wielu artystów) dopóki nie narodzi się z góry, z Ducha Świętego. „Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w jego imię, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga” J 1,12-13.
Rodzinna relacja – oto Boży cel.
Podporządkowanie Bogu-Ojcu jest niezwykle ekscytujące. Poznanie i poznawanie Boga jest najwspanialszą częścią ludzkiego żywota i największą radością jaka może nas spotkać, choć wśród prześladowań, cierpienia i często trudnych doświadczeń. Poznawanie innych duchowości natomiast, to fascynacja zaledwie namiastką Prawdy, podróbką, lub oszustwem i jest tak samo niebezpieczne jak ignorancja tego tematu.

3. Bądź w gronie niewielu, a nie wielu.

Wchodźcie przez ciasną bramę. Szeroka bowiem jest brama i przestronna droga, która prowadzi na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia - i niewielu jest tych, którzy ją znajdują” Mat 7,13-14.

Dlaczego tylko niewielu znajduje tą ścieżkę życia? W powszechnym mniemaniu chrześcijaństwo ewangeliczne przeważnie ma niską ocenę i wartość; jest mało atrakcyjne. Często mylone jest z sektami typu Świadkowie Jehowy. Często mówi się dość pogardliwie o zborach protestanckich. Dlaczego? „Albowiem mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” 1 Kor 1,18. Wydaje się też, że jest dość duża „konkurencja” w tym temacie. Dlaczego? „Powstanie też wielu fałszywych proroków i wielu zwiodą” Mat 24,11. Jezus mawiał o fałszywych przewodnikach duchowych: „Zostawcie ich! Ślepi są przewodnikami ślepych, a jeśli ślepy prowadzi ślepego, obaj w dół wpadną” Mat 15,14. Często też liberalne chrześcijaństwo trzyma się swojego status quo i zatrzymuje się na drogowskazach. Piękno przyrody, piękno ludzkich dzieł, piękno uczuć, piękno sakramentów. Czy warto więc szukać czegoś głębszego? Koniecznie! A.W. Tozer ujął to tak: „W czasach ciemności zalegającej nad całym światem pojawia się pewien promyk nadziei – w zamkniętym kręgu konserwatywnego chrześcijaństwa można znaleźć coraz więcej ludzi, których życie religijne cechuje rosnący głód poznania samego Boga. Spragnieni są prawd duchowych. Nie dadzą się zwieść samymi słowami i nie zadowoli ich prawidłowa ‘interpretacja’ prawd. Pragną Boga i nie zaznają spokoju dopóki nie napiją się z głębi Strumienia Wody Żywej”. C.S. Lewis dodaje: „Jeśli znajduję w sobie pragnienie, którego nie może zaspokoić żadne doświadczenie tego świata, najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest to, że zostałem stworzony dla innego świata”.

4. Wezwanie

Bóg wprawdzie puszczał płazem czasy niewiedzy, teraz jednak wzywa wszędzie wszystkich ludzi, aby się opamiętali, gdyż wyznaczył dzień, w którym będzie sądził świat sprawiedliwie przez męża, którego ustanowił, potwierdzając to wszystkim przez wskrzeszenie go z martwych” Dz 17,30-31.

Już zostało niewiele czasu, a wszystko jest już przygotowane: „Królestwo Niebios przypomina pewnego króla, który przygotowywał wesele swemu synowi. (…)Powiedzcie zaproszonym – polecił – że pierwsze danie gotowe, mięso czeka na przyrządzenie, wszystko już dopięte. Przyjdźcie na wesele” Mat 22,2-4. Czy nie brzmi to atrakcyjnie? Jednak, jak czytamy dalej, wielu odrzuciło zaproszenie, a niektórzy przyszli gardząc Gospodarzem. „Wtedy Pan powiedział do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i przymuszaj (przekonuj) do wejścia, aby mój dom się zapełnił” Łk 14,23. Każdego dnia możesz otworzyć i poczytać np. Ewangelię Jana, Duch Święty jeszcze dzisiaj może cię dotknąć potężną mocą, choć nie musi to być spektakularne: „Królestwo Boże nie przychodzi w sposób dostrzegalny” Łk 17,20.
Z wiarą i respektem podchodź do jedynej natchnionej księgi świata, tak, jak to zrobili Berejczycy: „Ci byli szlachetniejsi od tych w Tesalonice, gdyż przyjęli słowo Boże z całą gotowością i codziennie badali Pisma, czy tak się sprawy mają” Dz 17,11.

Podczas, gdy większość ludzi i religii na świecie oznajmia: ja cię do niczego nie zmuszam, więc ty też nic mi nie wciskaj - każdy ma prawo wierzyć w to, co chce – chrześcijaństwo widzi tragedię społeczeństw i jednostek, i woła, błaga, wzywa: Ratujcie się! Wejdźcie na tą arkę zbawienia, bo nie uciekniecie w inny sposób przed potopem potępienia!
Tak więc w miejsce Chrystusa sprawujemy poselstwo, tak jakby Bóg upominał was przez nas. W miejsce Chrystusa prosimy (błagamy, wzywamy): Pojednajcie się z Bogiem” 2Kor 5,20.

Zakończę końcowymi słowami książki:
„Zauważyliśmy już, religia jest kowadłem, na którym zużyło się wiele młotów. Być może przeżyje też świecki humanizm. I choć dziś w wielu miejscach chyli się ku upadkowi, wciąż jest największym spektaklem na ziemi, odbywającym się w jakimś miejscu modlitwy po sąsiedzku. Tylko od ciebie zależy, czy kupisz bilet”.

niedziela, 4 stycznia 2026

Członkostwo - cały czas źle to rozumieliśmy

Książka Jonathana Leemana „Członkostwo w kościele – skąd ludzie mają wiedzieć kto reprezentuje Jezusa?” to bardzo ważna pozycja na rynku literatury chrześcijańskiej. Z jednej strony przywykliśmy w naszym kraju do anonimowości w kościele rzymskokatolickim (choć większość ewangelicznych chrześcijan w Polsce, nie z własnej woli, jest formalnie jego członkami – oficjalna apostazja wymaga oficjalnych dokumentów, choć w tym wypadku nie jest to nikomu potrzebne), a z drugiej strony widzimy aktywne i zorganizowane zbory Świadków Jehowy. A z trzeciej strony – w kościołach protestanckich powiew demokratycznej wolności i rozwój mediów społecznościowych rozwiał chęć identyfikowania się z lokalną wspólnotą. I jak tu ma wykonywać swoją pracę słowo: „Żelazo ostrzy się żelazem, a zachowanie swojego bliźniego wygładza człowiek” (Przyp 27,17). Powróćmy do nauki apostolskiej! – zdaje się wołać autor na kartach książki. Już same tytuły rozdziałów zmuszają do refleksji i zmiany nastawienia. „Cały czas źle to rozumieliśmy”, „Sprawa poważniejsza niż nam się wydaje”, „Jakie są standardy członkostwa”, „Czy członkostwo wszędzie musi wyglądać tak samo?”, „W jaki sposób członkostwo definiuje miłość”… itd.

Zdarzają się wyjątki, kiedy brak członkostwa jest zrozumiały (chwilowo). Na przykład silny strach i opór przed związaniem się z jakąś grupą ludzi z powodu wcześniejszych zranień i nieszczęśliwych doświadczeń w jakiejś sekcie. Albo ktoś przeprowadza się do innego kraju, w którym nie może znaleźć zdrowej społeczności, a jego rodzima się rozpadła. W takich lub podobnych przypadkach nie sądzimy z pozoru, ale wykażemy się troską, delikatnością, wyrozumiałością, cierpliwością i mądrością. Lecz generalnie, chrześcijaństwo to zbory Boże. Bóg przemawia do każdej wspólnoty inaczej, widzimy to w listach do zborów w Księdze Objawienia. Chodząc do kościoła raz tu, raz tam, mijamy się z Bożym przesłaniem dla nas, karmimy się pokarmem przeznaczonym nie dla nas. Przylgnijmy więc do jednej wspólnoty całym sercem. Nawet gdy ktoś z powodu pracy, w zborze jest tylko raz w roku – nie powinien się zrzekać członkostwa, chyba że je przenosi do miasta, w którym pracuje, lub się przeprowadził – to już są indywidualne ustalenia rodzinne. Podobnie student zmieniający miasto na pięć lat – albo zostaje członkiem w nowym mieście, albo w poprzednim. Sławny piosenkarz chrześcijański nie rezygnuje ze swojego zboru (żeby niby nie promować tylko jednej denominacji, bo to rzekomo skłóca fanów – ostatnio taką wypowiedź gdzieś słyszałem), tym bardziej osoby nie chodzące do zboru z powodu ciężkiej choroby – trzymają się swojej wspólnoty, bo wiedzą, że lokalny zbór walczy o nich w modlitwie i opiekuje się nimi.

Chrześcijanin, który oczekuje na przyjście Chrystusa, przez członkostwo dowodzi, że chodzi w pewności zbawienia i miłuje braci; ewangeliczny lokalny zbór Pański oparty na Biblii uznaje członkostwo jako obowiązek i nie ma to nic wspólnego z legalizmem.

Poniżej kilka fragmentów z książki Leemana.
***

Niestety w trakcie tego procesu nabraliśmy tendencji — szczególnie od czasów drugiego wielkiego przebudzenia z XIX w. — do przedkładania roli charyzmatycznych przywódców i nadzwyczajnych ruchów ewangelicznych ponad formalne urzędy kościoła i zwykłe środki łaski. „Szybkie i łatwe” pokonało „sprawdzone i przetestowane”. Gwałtownemu wzrostowi liczebnemu nie towarzyszył równie szybki wzrost w łasce. Jako klucz do sukcesu zaczęto postrzegać konkretne wyniki, a nie formalne struktury. Po drodze wielu z nas dorastało w cieniu ewangelizacyjnego hasła „Nie proszę cię, abyś przyłączył się do kościoła, ale abyś zaakceptował Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela”.
Nie dziwi zatem, że po kilku następujących po sobie tego typu ruchach ewangelicznych „bycie zbawionym” przestało mieć jakikolwiek związek z przyłączeniem się do kościoła. Również obecnie mamy do czynienia z ruchami ewangelicznymi, które usunęły członkostwo w kościele z pola widzenia.
***

Tak naprawdę to nie chcesz czytać książki o członkostwie w kościele. Rozumiem. Może ktoś ci tę książkę podarował. Może zastanawiasz się, czy byłaby przydatna dla innych. Uczciwie mówiąc, temat członkostwa w kościele nie wydaje się szczególnie interesujący. Stajesz się chrześcijaninem i przyłączasz się do kościoła. To w zasadzie wszystko, prawda?
***

Może zaczęliśmy tak rozumieć kościół lokalny ze względu na protestancki nacisk na miejsce głoszenia i sprawowania obrzędów. Może daliśmy się ogłupić myśleniu obecnemu w zachodnich demokracjach, które postrzegają kościoły jako stowarzyszenia wolontariuszy. A może to stuletnia już praktyka bycia konsumentami. Nie wiem. Poniżej jednak przedstawiam niektóre symptomy naszego błędnego myślenia:

- Chrześcijanie mogą sądzić, że nie ma nic złego w przychodzeniu na stałe do jednego kościoła bez konieczności przyłączenia się do niego.
- Chrześcijanie myślą o ochrzczeniu się, jednak bez przyłączania się do kościoła.
- Chrześcijanie przystępują do Wieczerzy Pańskiej bez przyłączania się do zboru.
- Chrześcijanie postrzegają Wieczerzę Pańską jako prywatne, mistyczne doświadczenie wierzących, a nie jako czynność przeznaczoną dla członków Kościoła, którzy zostali włączeni w jedno ciało.
- Chrześcijanie nie integrują swojego codziennego życia z życiem innych świętych.
- Chrześcijanie zakładają, że mogą mieć nawyk nieuczęszczania na nabożeństwa, nie chodzić kilka niedziel z rzędu, miesiąc czy nawet dłużej.
- Chrześcijanie podejmują ważne życiowe decyzje (przeprowadzka, przyjęcie awansu, wybór małżonka itd.) bez rozważania ich skutków dla relacji w kościele lub bez konsultowania ich z pastorami czy innymi członkami społeczności.
- Chrześcijanie kupują domy lub wynajmują mieszkania, nie biorąc pod uwagę, jak odległość czy koszty wpłyną na ich możliwość służenia w kościele.
- Chrześcijanie nie uświadamiają sobie, że są częściowo odpowiedzialni zarówno za duchowy, jak i materialny dobrobyt innych członków kościoła, nawet tych, których nie znają. Gdy ktoś płacze, to w samotności. Gdy ktoś się cieszy, cieszy się w samotności.

Podstawowa choroba, która stoi za tymi symptomami, choroba, która — muszę przyznać - płynie także w mojej krwi, to choroba żywiąca się założeniem, że mamy autorytet, aby wieść nasze chrześcijańskie życie w całkowitej niezależności. Dopasowujemy puzzle z napisem „kościół”, kiedy chcemy i gdzie chcemy.
***

Bycie chrześcijaninem jest jednoznaczne z przynależnością do kościoła. Nikt nie zostaje zbawiony, aby później samotnie błąkać się to tu, to tam, i zastanawiać, czy dołączyć do kościoła czy nie. Ludzie pokutują, a następnie zostają ochrzczeni we wspólnotę kościoła. To działa automatycznie, tak jak bycie adoptowanym oznacza, że natychmiast zasiada się do stołu ze swoimi braćmi i siostrami.
Koncepcja członkostwa w kościele przewija się we wszystkim, co czytamy i słyszymy (…): Barnaba i Paweł przebywali razem w zborze (Dz 11:26); targnął się król Herod na niektórych członków zboru i począł ich gnębić (Dz 12:1); zgromadzili zbór (Dz 14:27). Bycie członkiem kościoła oznacza bycie osobą, która wraz z innymi stanowi kościół.
***

- ciało kościoła oficjalnie uznaje wyznanie wiary i chrzest danej osoby za wiarygodne,
- ciało kościoła obiecuje sprawować nadzór nad uczniostwem tej osoby;
- osoba ta formalnie poddaje swoje uczniostwo pod autorytet i na służbę kościoła i jego przywódców.

Ciało kościoła mówi osobie: „Uznajemy za ważne twoje wyznanie wiary, chrzest i bycie uczniem Chrystusa. Dlatego publicznie potwierdzamy twoją przynależność do Chrystusa i nadzór naszej wspólnoty”. Osoba mówi kościołowi: „Uznając was za wierny, głoszący ewangelię kościół, poddaję moją obecność i uczniostwo waszej miłości i nadzorowi”.
W pewien sposób przypomina to nieco „Tak, chcę”, wyznawane podczas ceremonii ślubnej, dlatego niektórzy mówią o przymierzu z kościołem lokalnym.
***

Czy zaczynasz Już rozumieć, dlaczego nieustannie powtarzam, że nie ma drugiej takiej rzeczy na świecie jak kościół lokalny i jego członkowie? Nasze relacje w kościele lokalnym okażą się w ostateczności silniejsze niż więzy fizycznego ciała, bezpieczniejsze niż objęcie ojca, bardziej jednoczące niż miłość braterska, bardziej wytrzymałe niż kamienny dom, bardziej święte niż kapłaństwo - i długo tak jeszcze moglibyśmy wymieniać.
To właśnie przygotował dla nas Jezus w chwale i to właśnie zaczynamy wcielać w życie już dzisiaj.
***

DWANAŚCIE POWODÓW, DLA KTÓRYCH CZŁONKOSTWO JEST WAŻNE

1. Jest biblijne. Jezus ustanowił kościół lokalny l wszyscy apostołowie służyli przez kościół lokalny. Życie chrześcijańskie w Nowym Testamencie to życie kościoła. Chrześcijanie dzisiaj powinni oczekiwać i pragnąć tego samego.

2. Kościół to jego członkowie. Być kościołem w Nowym Testamencie to być jednym z jego członków (zob. Dzieje Apostolskie). Chcesz być częścią Kościoła, ponieważ właśnie po Kościół przyszedł Jezus, aby go uratować i pojednać ze sobą.

3. To niezbędny warunek Wieczerzy Pańskiej. Wieczerza Pańska stanowi posiłek zgromadzonego kościoła, czyli jego członków (zob. 1Kor 11:20-33). A ty chcesz przystępować do Wieczerzy Pańskiej. To sztandar, który sprawia, że drużyna kościoła jest widoczna dla świata.

4. W ten sposób oficjalnie reprezentujesz Jezusa. Członkostwo jest potwierdzeniem twojego obywatelstwa w Królestwie, paszportem pozwalającym ci na reprezentowanie Jezusa wobec narodów. Chcesz, aby twoje przedstawicielstwo było umocowane. A w związku z tym...

5. W ten sposób deklarujesz, gdzie ślubowałeś swoją najwyższą lojalność. Twoje członkostwo w społeczności, które staje się widoczne, gdy wznosisz sztandar Wieczerzy Pańskiej, to publiczne świadectwo tego, że twoja najwyższa lojalność została oddana Jezusowi. Mogą nadejść próby i prześladowania, ale twoje jedyne słowa to „Jestem chrześcijaninem”.

6. W ten sposób realizujesz biblijne obrazy i ich doświadczasz. To w obrębie struktur odpowiedzialności kościoła lokalnego chrześcijanie żyją i doświadczają połączenia z ciałem Jezusa, duchowej pełni Jego świątyni, a także bezpieczeństwa, intymności i współodpowiedzialności Jego rodziny.

7. W ten sposób służysz innym chrześcijanom. Członkostwo pomaga ci poznać, wobec których chrześcijan na ziemi jesteś szczególnie odpowiedzialny, których masz kochać, ostrzegać, zachęcać i którym służyć. Pozwala ci wypełnić biblijny nakaz, aby brać odpowiedzialność za ciało Chrystusa (np. Ef 4:11-16.25—32).

8. W ten sposób podążasz za przywódcami chrześcijańskimi. Członkostwo pomaga ci poznać, których przywódców chrześcijańskich na ziemi jesteś powołany naśladować i którym jesteś winien posłuszeństwo. Pozwala ci też na wypełnienie biblijnej odpowiedzialności wobec nich (zob. Hbr 13:7.17).

9. Pomaga chrześcijańskim przywódcom wypełniać ich zadania. Członkostwo pomaga przywódcom chrześcijańskim poznać, za których chrześcijan na ziemi są odpowiedzialni (Dz 20:28; 1P 5:2).

10. Pozwala stosować dyscyplinę kościelną. Daje biblijną płaszczyznę do egzekwowania dyscypliny kościelnej z odpowiedzialnością, mądrością i miłością (1Kor 5).

11. Nadaje strukturę twojemu chrześcijańskiemu życiu. Umieszcza wezwanie skierowane do indywidualnego chrześcijanina, aby być posłusznym Jezusowi i Go naśladować, w rzeczywistych okolicznościach, w których faktycznie sprawowany jest nad nami autorytet (zob. J 14:15; 1J 2:19, 4:20-21). To Boży program uczniowski.

12. Powołuje świadków i świadczy narodom. Członkostwo sprawia, że niezwykłe panowanie Chrystusa staje się widoczne dla świata (zob. Mt 5:13; J 13:34-35; Ef 3:10; 1P 2:9-12) W granicach zakreślonych dla członkostwa w kościele zbiera się społeczność, która zaprasza narody do udziału w czymś lepszym. To Boży program ewangelizacyjny.
***
***
***

Sonda o członkostwie

Kilku osobom w różnym wieku zadałem pytania: Jak myślisz, czy członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej to przesada, zbędna formalność, ograniczenie wolności? Czy jest to obowiązek, czy opcja? Czy biblijny wymóg, czy raczej tradycja ludzka? Skąd się biorą alergie na członkostwo i czy są szkodliwe?
***

Joanna: Już w czasach apostołów mamy dobry wzór, gdzie chrześcijanie wiernie gromadzili się na lokalnych zgromadzeniach, co więcej, „mieli wszystko wspólne”, bo u „tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza” - niesamowity przykład jedności. Myślę, że członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej jest dobrowolne, niemniej, w moim rozumieniu i dla mnie, to jedyna opcja, bo jeśli przyłączam się do zboru w oparciu o wiarę w Jezusa, który przecież sam ustanowił Kościół, w dodatku przystaję do społeczności, w której jest zdrowe nauczanie, prawidłowe prowadzenie zboru przez pastora i jego pomocników, gdzie są ludzie drodzy mi jak bracia i siostry, to nie ma pytania czy zostać członkiem zboru, ja chcę nim być!  Ja chcę mieć z nimi jedno serce! Bo utożsamiam się z tym zborem, z poglądami, nauką i wszelkimi działaniami, czuję się w nim jak w rodzinie - w radościach i w smutkach, w trudnych i radosnych sytuacjach, one stają się też moimi. Kiedy jestem członkiem, nie jestem anonimowa, ponadto angażuję się, a angażując się w rodzimym zborze mam wpływ na to jaki ten zbór jest - to trochę tak jak w rodzinie z domownikami. Wydaje mi się, choć to tylko przypuszczenie, że brak członkostwa może prowadzić do luźnego, lekkiego traktowania danej społeczności i np: skakania z kwiatka na kwiatek – dziś jestem tu, jutro pójdę tam, a potem się zobaczy – tak postępujący nie budują niczego, nie angażują się i nie są częścią i co smutne, biorą, a nic nie dają, czy to jest prawdziwe chrześcijaństwo?
Wreszcie za czasów apostolskich chrześcijanie spotykali się po domach i były zakładane zbory, poszczególni wierzący byli członkami danej lokalnej społeczności i "budowali jeden drugiego" (1Tes 5,11). Reasumując, powtórzę: dla mnie nie ma pytania czy być członkiem - to obowiązek, ja dla siebie nie widzę innej opcji :)
***

Andrzej: WSPÓLNOTA dla mnie to rodzina na dobre i na złe. Nie wyobrażam sobie rodziny, gdzie stosunek małżonków jest luźny, tzn. nieformalny i każdy żyje jak uważa sam za stosowne – czyli, tak, jak chce! Odnoszę to również do wspólnoty zborowej braci i sióstr. Jak można uczestniczyć w życiu zboru będąc formalnie poza ZBOREM ? Jest to niemożliwe. Mamy jeden cel, jesteśmy przecież jedno w CHRYSTUSIE i dzięki temu we WSPÓLNOCIE. Inną kwestią jest nasza współodpowiedzialność...Będąc we wspólnocie, jesteśmy z nią na dobre i na złe.
Odpowiadając dokładnie na pytania zadane w ankiecie, uważam, że członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej to nie przesada, nie jest to zbędna formalność, ani ograniczenie wolności - to obowiązek ewangelicznie wierzącego chrześcijanina. Alergie na członkostwo we wspólnocie biorą się z powodu braku odpowiedzialności, zarozumialstwa i zadufania w sobie, czyli cech charakteru, które nie prowadzą do pokoju Bożego.
***

Barbara i Tomasz: Członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej, lub prościej bycie członkiem kościoła, jest istotne, a nawet konieczne dla każdego, kto poważnie traktuje naukę płynącą z tekstów biblijnych. Oczywiście, bycie członkiem musi mieć charakter dobrowolny. Członkostwa we wspólnocie nie należy mylić z formalnościami podobnymi do tych wynikających np. z przynależności państwowej. Musimy także pamiętać o tym, że wszędzie tam gdzie mamy do czynienia z działaniami ludzkimi, w naturalny sposób pojawia się sformalizowane i zorganizowanie działanie wprowadzające pewien ład i porządek, co samo w sobie jest dobre. W przypadku kościoła mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko instytucją czy stowarzyszeniem.
Bycie członkiem wspólnoty chrześcijańskiej, to jest bycie jej częścią, należy traktować jako biblijny wymóg wynikający z nauk samego Jezusa, jak i późniejszych zaleceń i nakazów apostolskich. Przynależności do kościoła nie należy traktować jako tradycję ludzką. Analiza tekstów biblijnych wyraźnie wskazuje, że członkostwo ma charakter imperatywu. O ile to możliwe w danym rejonie geograficznym, każda osoba przyznająca się do chrześcijaństwa powinna w naturalny sposób poszukiwać wspólnoty, do której mogłaby się przyłączyć.
Przysłowiowe „alergie” na członkostwo mają tyle przyczyn ilu jest ludzi. Z pewnością jedną z nich jest chęć posiadania tzw. „wentyla bezpieczeństwa”, czyli możliwości łatwego wycofania się i nieponoszenia konsekwencji za swoje działania.
Czy alergie na członkostwo są szkodliwe? No cóż. Historia kościoła i praktyka życia codziennego wyraźnie wskazują, że tak. Wystarczy wspomnieć chociażby zamęt doktrynalny wprowadzany przez osoby stroniące od kościoła i funkcjonujące jako tak zwane „wolne elektrony”.
Generalnie, postawione pytania zmuszają do głębszej refleksji. Przedstawione tu stanowisko tylko w niewielkim stopniu prezentuje nasze opinie w tych sprawach.
Może kiedyś spotkamy się na kawie i porozmawiamy o tym nieco dłużej.
***

Tymek: Myślę, że członkostwo we wspólnocie chrześcijańskiej nie jest przesadą, zbędną formalnością czy ograniczeniem wolności. Uważam, że jest to coś wartościowego, tak samo jak w przypadku rodziny biologicznej, którą mamy tutaj na Ziemi. Wiadomo, że można przez życie podążać w pojedynkę, ale o ile prościej jest przechodzić przez wszelkie sytuacje z kochającymi nas ludźmi. Ponadto w zdrowej wspólnocie chrześcijańskiej z reguły wszyscy opieramy nasze życie na tym samym fundamencie, co czyni ludzi w niej zżytych i zgodnych. Członkostwo pomaga nam nie schodzić z kursu ustawionego na spotkanie z Panem. Czasami bracia i siostry mogą nas w miłości napomnieć, a dzięki temu zapobiec jakimś przykrym sytuacją w przyszłości. Kiedy napotykamy jakieś przeszkody możemy zwrócić się do doświadczonych starszych zboru o pomoc, natomiast starsze osoby mogą czuć się komfortowo prosząc o jakąś przysługę młodszych ludzi, co czyni z nas zjednoczoną, kochającą wielką rodzinę. Nie ogranicza nas to w żaden sposób, nadal jesteśmy akceptowani i kochani tacy jacy jesteśmy, możemy się czuć po prostu jak w domu, możemy służyć pomocą, gdy pojawi się potrzeba, ale możemy też z niej sami skorzystać. Jeśli chodzi o samą formalność przynależności do jakiejś wspólnoty chrześcijańskiej uważam, że nie jest to obowiązkiem, chociaż ułatwia to wiele spraw organizacyjnych i pomaga utrzymać porządek w „organizacji” jaką jest w tym przypadku zbór. Sądzę, że przynależność do wspólnoty wierzących jest czymś obowiązkowym jeśli chcemy żyć zgodnie z zamysłem Pisma Świętego. W Dziejach Apostolskich pod koniec drugiego rozdziału mamy opisane życie w kościele. Myślę, że nie bez powodu zostało to tam przedstawione;) Ukazuje to wprost, że wspólnota jest czymś dobrym i ważnym dla Boga, nie patrzę jednak, na formalną przynależność jako na obowiązek, choć jak już wspomniałem wcześniej, ułatwia parę kwestii. Alergie na członkostwo, które są niestety dość często spotykane, według mnie wynikają głównie z raniących doświadczeń z przeszłości oraz kontrowersyjnych treści związanych ze wspólnotami chrześcijańskimi w internecie. Odstrasza to poszukujących ludzi i czasem nie zdobywają się na to, aby przyjść i zobaczyć osobiście jak wyglądają zebrania zdrowych wspólnot. Powoduje to myślenie w sposób stereotypowy i zniechęcający. Negatywnie nastawione osoby mogą źle wpływać na prawdziwy, Jezusowy obraz kościoła rozpowszechniając swoje poglądy o wspólnotach.
***

Krzysztof: Dla mnie bycie członkiem zboru to forma przynależności do konkretnej grupy ludzi z Kościoła Jezusa Chrystusa. Tworzę z nimi społeczność dzięki czemu mogę się uczyć, wzrastać, służyć, odbierać, dawać. Nie umiem sobie teraz wyobrazić by nie przynależeć do żadnego ze Zboru, być outsiderem. Każdy coś wnosi do społeczności, pozytywnego bądź nie. Niechęć by przynależeć gdziekolwiek to chęć nieponoszenia odpowiedzialności.
Biblia też naucza, że „lepiej dwóm niż jednemu, bo gdy jeden upadnie drugi go podniesie” Kzn 4;9-12
i jest to jak najbardziej pozytywny aspekt, również w wymiarze duchowym. Pewnie ludzie nie chcą nigdzie przynależeć z powodu większej potrzeby bycia niezależnym, wyjątkowym; czy tworzą mniejsze grupy, bo uważają, że wiedzą jak mają kroczyć z Bogiem i nie potrzebują kościoła do tego. Z doświadczenia wiem, że będąc z dala od mojego Zboru-Kościoła brakowało mi wspólnej modlitwy, śpiewu, nabożeństwa, obecności po prostu braci i sióstr, których znam, z którymi dzielę czas. Kiedyś byłem takim outsiderem i nie było to dobre, bo nie byłem z nikim związany, nie ponosiłem odpowiedzialności za nikogo, czy za nic, tym samym nic nie otrzymywałem, bo nic nie dawałem. Byłem sam. A co siejesz to i żąć będziesz. Nowy Testament zachęca byśmy byli członkami: 1Kor 12,12-31. Taka jest Boża wola względem Bożych dzieci.
***

Gabriel: Dużo pytań w tej sondzie zostało postawionych, postaram się, choć krótko, odpowiedzieć na wszystkie.
1. Nie uważam członkostwa w zborze za przesadę, zbędną formalność, czy ograniczenie wolności.
2. Nie traktuję członkostwa jako przymusu czy obowiązku, rozumiem je jako odpowiedzialną decyzję przyłączenia się do lokalnego zboru, z którym utożsamiam się oraz traktuję go jako swój duchowy dom i rodzinę.
3. Dostrzegam w Słowie Bożym m.in. fragmenty mówiące o:
- podziale na postronnych i tych należących do zboru (Dz.5,13)
- liczbie przyłączanych do zboru nowo nawróconych (Dz.2,41)
- listach w zborze, na które były wpisywane konkretne, spełniające kryteria osoby (1Tym.5,9;11)
Widzę biblijne podstawy na członkostwo w zborze, nie formalne, ale rzeczywiste bycie częścią ciała, którego głową jest Chrystus.
4. Z pewnością jest wiele źródeł pochodzenia alergii na członkostwo - różnie rozumiana wolność, chęć niezależności, niechęć do instytucji i formalizmu, czy własne doświadczenia i złe modele członkostwa, wzorowane na niechrześcijańskich wartościach i tradycjach.
Każda alergia, szczególnie nieleczona, może prowadzić do wielu poważnych konsekwencji. Podobnie z alergią na członkostwo w zborze, może być groźna dla chrześcijanina i dla zboru.
***

Sandra: Członkostwo w zborze, to rzeczywiście trudny temat. Będąc dość świeżo po chrzcie nie rozumiałam potrzeby podpisywania „jakichś papierów” – w tamtym zborze weszło to akurat dopiero jakiś czas od mojego chrztu i właściwie dopełniłam tego tylko dlatego, że nagle się okazało, że nie mogę służyć w żaden sposób, jeśli tego nie podpiszę.
Po latach uważam, że to dobre, żeby w zborze to było dopełnione ze względu na wymóg polskiego prawa oraz wewnętrznego prawa kościelnego. Czy jest to przesada? Nie sądzę, myślę, że jest to potrzeba uporządkowania przynależności, a w związku z tym także i przywilejów oraz dyscypliny.
Znajduję w Biblii fragmenty świadczące o tym, żeby napominać zborowników (np. Mt 18, fragment z Dziejów o Ananiaszu i Safirze, listy Pawła), są też fragmenty o tym, by się szczególnie troszczyć o pewne grupy ludzi w zborze np. wdowy (jak pisze Paweł do Tymoteusza). Określenie członkostwa to porządkuje.
Zdarzają się również sytuacje, kiedy człowiek już dawno nie będący w danym zborze robi coś złego/naucza dziwnych rzeczy - często wtedy pierwsze zarzuty kierowane są w stronę wspólnoty – wtedy, mając uporządkowane sprawy członkostwa, społeczność jest chroniona przed oskarżeniami, bo może wykazać, że taki ktoś od danego czasu nie jest już członkiem tego Kościoła.
Skąd biorą się alergie dotyczące tego tematu? Możliwe, że z nauczania w różnych społecznościach, że nie jest to potrzebne. Członkostwo to też branie na siebie odpowiedzialności za swój zbór i też za swoje zachowanie/bycie świadectwem w i poza zborem - a to może być niewygodne.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Tozer - Prorok

W grudniu tego roku ukazała się w języku polskim jedna z lepszych książek mojego ulubionego A.W. Tozera – „Głos proroka”. Bardzo dobre tłumaczenie i korekta pozwalają skupić się na przesłaniu. Trzeba pogratulować wydawnictwu „Świadome chrześcijaństwo” sukcesu w zdobyciu licencji i całej pracy związanej z wydaniem. Jedyna jej wada, że jest za krótka.
Autor rozważa rolę dzisiejszego Kościoła, dzisiejszych wierzących, dzisiejszych proroków na podstawie doświadczeń kilku postaci ze Starego i Nowego Testamentu. Między innymi Abrahama, Jakuba, Eliasza, Elizeusza, Izajasza, Jana Chrzciciela. Książka rzeczywiście jest „prorocza” - jeszcze bardziej aktualna niż w czasach kiedy Tozer żył (1897-1963). Tym bardziej, że Europa ciągle myśli, że jest chrześcijańska, Polacy myślą, że są religijni, Amerykanie myślą, że są wolni w Chrystusie. Kultura, tradycja, poglądy, religia - to wszystko może nosić chrześcijańską etykietkę, ale prawdziwe chrześcijaństwo polega na staniu się uczniem Chrystusa przez Ducha Świętego. Tozer skutecznie burzy mity chrześcijańskiej kultury, a jednocześnie buduje wiarę radykalnego Kościoła.

Kilka cytatów dla zachęty.
***

Spotkałem chrześcijan, którzy nieustannie biją się w piersi z powodu najmniejszej drobnostki. Niektórzy z nich boją się powiedzieć o sobie cokolwiek dobrego, obawiając się, że naruszą jakiś aspekt pokory, którą zupełnie mylnie pojmują. Są to najsmutniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek mógłbyś spotkać. Przebywanie w ich towarzystwie mogłoby cię bardzo zasmucić. Dlaczego chrześcijanie mieliby chodzić smutni? Ta myśl jest mi zupełnie obca. Powinniśmy być najradośniejszymi ludźmi na tej zielonej planecie.
***

Wszystkie problemy w swej istocie są duchowe; a jeśli zdobędziesz Boga, wszystko inne się ułoży. Nie ma jednak większego znaczenia, czy wszystko się ułoży, czy nie, ponieważ nie masz zbyt wiele czasu, aby tu pozostać. Świadomość doprowadzi do słuchania Boga. Wierzyć w Boga i nigdy Go nie słyszeć jest tym, o co chodzi w religii. Nie wystarczy biernie wierzyć, że gdzieś musi być Bóg. Nie wystarczyło to Abramowi i nie wystarczy nam dzisiaj. Bóg chce stworzyć w nas Boską świadomość, abyśmy mogli widzieć Boga i słyszeć głos Boga.
***

Nie potrafię napisać ani jednej linijki muzyki, ani zaśpiewać, jak należy, ale potrafię cieszyć się muzyką aż do bólu. Wierzę, że można docenić dobrych ludzi, nawet lepszych niż my sami. Dlatego wierzę w ciągłą lekturę Pisma Świętego, aby mieć społeczność ze świętymi mężczyznami i kobietami. Jeśli nie jestem aż tak dobry, to przynajmniej mogę ich docenić, gdy z nimi przebywam. Przez pewnego rodzaju duchową osmozę do mojego serca przenika odrobina tego, czym oni są i jestem lepszym człowiekiem dzięki temu, że z nimi przebywałem.
***

Moja rada jest taka, że jeśli jesteś przygnębiony swoim życiem duchowym, a nawet jeśli jesteś tylko trochę przygnębiony, to nie pozwól, aby radośni chłopcy przyszli i cię rozweselili. Nie pozwólcie, by przychodzili do was pocieszyciele i mówili: „Wszystko jest w porządku, wszystko jest w porządku”. Oni wyrządzili Królestwu Bożemu więcej szkody, próbując przyodziać ludzi, których Bóg rozebrał.
***

Musimy zrobić miejsce dla tajemnicy — tej tajemnicy, którą jest Bóg. Tajemnicy, która nie może być tak płynna. Kiedy słyszę człowieka modlącego się zbyt płynnie, to wiem, że niczego nie widzi. Mając zdolność do wyrażania siebie w modlitwie, o ile nie przyjdzie na niego nagłe wylanie Ducha Świętego, będzie w stanie modlić się tylko przeciętnie; kiedy modlimy się zbyt płynnie, wówczas nie widzimy zbyt wiele.
***

Celem Boga w odkupieniu jest przywrócenie właściwego porządku, co przyniesie zdrowie całemu wszechświatowi, Bóg zasiada na tronie, a w każdym sercu powinna być świadomość, że istnieje taki tron. Albo zasiada na nim Bóg, albo człowiek. Kłopot ze światem polega na tym, że każdy człowiek siedzi na swoim własnym tronie.
***

Teraz musimy znosić krzyże, radzić sobie ze stratą, tracić nasze dobra, być źle postrzeganymi. Teraz jesteśmy powołani do bycia mniejszością, pogardzaną mniejszością. Pomysł, że można uczynić krzyż Chrystusa społecznie akceptowalnym, jest herezją naszego pokolenia. Wiele ugrupowań ewangelicznych stara się udowodnić światu, że wcale nie jesteśmy tacy głupi. Coś znaczymy. Jesteśmy teraz kimś na własnych prawach i też wierzymy w Jezusa. Równie dobrze możesz zrezygnować. Gdy tylko hańba krzyża zniknie z twojego życia, wówczas moc zniknie z twojego życia. Gdy tylko przestajemy być pogardzaną mniejszością, przestajemy być potężnymi ludźmi.
***

Nie ma to znaczenia czy sprawy tego świata są negatywne czy pozytywne. Na świecie ludzie są zagubieni i dopóki nie przyjdą do wiary w Jezusa Chrystusa, Bóg nie ma nic do powiedzenia na ich temat. Czeka ich sąd, który ma nadejść.
W Kościele jest inaczej. Niezależnie od tego, jak bardzo dana osoba pobłądziła, Bóg zawsze ma dla niej przygotowaną drogę powrotu. Nikt nigdy nie zrobił niczego, co byłoby zaskoczeniem dla Boga.

sobota, 15 listopada 2025

Kto należy?


Podobno to Kurt Vonnegut powiedział te słowa: "Uprawiajcie jakąkolwiek sztukę, muzykę, śpiew, taniec, teatr, rysunek, malarstwo, rzeźbę, poezję, literaturę, piszcie eseje, reportaże - nieważne, czy dobrze, czy źle, nie dla pieniędzy ani sławy, (nie dla lansu - dodałbym, choć w czasach Vonneguta to zjawisko nie było aż tak powszechne jak dziś), ale by doświadczać stawania się, by odkryć, co tam masz w środku, by twoja dusza rosła. Poważnie! Zacznijcie teraz, od razu, bierzcie się za sztukę i róbcie to przez resztę waszego życia". Coś w tym jest... Napisałem więc o 'należeniu'. Należeć można do partii, do klubu, zespołu, stowarzyszenia, ... lecz należenie do Boga jest czymś szczególnym, nieporównywalnym. Od ponad dwudziestu lat się o tym przekonuję.



…Czy się leży - nie należy
Decyduje biel odzieży
Niezależność w zależności
Jest zależna od jakości.

Prawdę sieje kto należy
Nie należy kto nie wierzy
Gdy cię dotknie należenie
Nie ma czasu na leżenie.


Mam należność za należność
i aktywność zawierzenia
Bez zrzędzenia, rozżalenia
Mimo hejtem porażenia.

Nie należy fan papieży
Bo niewiarę tam się szerzy
Solus Christus im nie leży
Wąska droga, któż pobieży?

Radość mego położenia
Nie maleje od starzenia
Bo do Niego należenie
To bez reszty zarażenie.


„Chciał więc pokazać tym, którzy należeli do Niego i których pokochał w tym świecie, że ich kocha bez reszty” (J13,1).

środa, 22 października 2025

I Will Survive

Dzisiaj, tylko 47 lat temu (w moich ulubionych muzycznie latach 70-tych) została wydana na singlu piosenka „I Will Survive” Glorii Gaynor. Wielki hit dyskotekowy wszechczasów. Tekst utworu opisuje odkrycie przez narratora siły wewnętrznej po początkowo druzgocącym rozstaniu. W wywiadach Gloria często podkreśla, że prawdziwe znaczenie piosenki „I Will Survive” zrozumiała dopiero po swoim nawróceniu w 1992r. — wtedy zaczęła widzieć ją jako pieśń duchowego przetrwania i Bożej łaski, a nie tylko o złamanym sercu. Wychowywana przez matkę w duchu chrześcijańskim, ochrzciła się w wieku 16 lat, lecz było w tym więcej emocji niż wiary. Kariera i sukces zdominowały jej życie, choć wpojone zasady moralne nie pozwoliły jej wpaść w żadne nałogi. „Zostałam ochrzczona jako nastolatka, ale nie znałam naprawdę Jezusa. Myślałam, że Go znam, ale żyłam po swojemu przez wiele lat” - wspomina Gloria. O dniu swojego nawrócenia opowiada: „Pewnej nocy siedziałam sama i powiedziałam: ‘Panie, robiłam wszystko po swojemu i jestem nieszczęśliwa. Teraz chcę to robić po Twojemu.’ Poczułam Jego obecność w pokoju — i ta chwila zmieniła moje życie na zawsze”. Kiedy doświadczyła prawdziwego spotkania z Bogiem, wszystko w jej życiu się zmieniło — muzyka, relacje, styl życia, priorytety.

W 2013 roku napisała książkę, która zawiera 40 prawdziwych historii ludzi, których życie zostało zmienione dzięki piosence „I Will Survive”. Te historie pochodzą od osób z różnych środowisk: ludzie, którzy przeżyli chorobę, tragedie, straty, osoby które znalazły siłę w cierpieniu lub przegrali swoje życie przez doświadczenia traumatyczne — ale dzięki tej piosence i sile jej przesłania odnajdują nadzieję, otuchę i inspirację. Artystka dzieli się również własnymi doświadczeniami — dorastaniem w biedzie, problemami osobistymi, bólem, oszustwem, momentami zwątpienia — i opisuje, jak jej życie, wiara i muzyka połączyły się, by dać jej siłę: „Otworzyłam Biblię, którą dostałam wiele lat wcześniej i której nigdy nie czytałam. I zrozumiałam, że Bóg nigdy mnie nie zostawił. Czekał cierpliwie, aż sama Go poszukam. Od tamtej pory śpiewam nie tylko dla publiczności — śpiewam dla Niego. Każdy dźwięk, każda nuta, każdy koncert to moja modlitwa wdzięczności. Kiedy dziś śpiewam „I Will Survive”, słyszę w niej coś więcej niż tylko rytm disco. Słyszę głos kobiety, którą Bóg podniósł z popiołów. I chcę, by każdy, kto słucha tej piosenki, wiedział: nie przetrwasz dlatego, że jesteś silny — przetrwasz, bo jesteś kochany”.

W 2019 roku wydała znakomity album gospel „Testimony”. Po 40 latach od „I Will Survive” wydaje płytę z muzyką gospel, inspirowaną własnym świadectwem. Album zdobywa nagrodę Grammy w kategorii Best Roots Gospel Album. Mówi o nim: „To nie jest tylko muzyka — to moje podziękowanie Bogu za drugą szansę”.

Jej ulubione wersety:

„Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie”( J8,36).
Gloria często mówi, że to jest prawdziwe znaczenie słów „I Will Survive”: „Nie chodzi o siłę kobiety po rozstaniu, ale o wolność, jaką daje Jezus. Myślałam, że ‘I Will Survive’ to hymn o sile kobiety. Teraz wiem, że to pieśń o wolności w Chrystusie”.

„Jeśli więc ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (Kor. 5,17).
To motto jej albumu Testimony. „Byłam pełna dumy i lęku. Teraz jestem nowym stworzeniem. Wszystko stało się nowe”.

„Wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Go miłują” (Rz. 8,28)
Często cytuje go, gdy wspomina swoje upadki i rozczarowania. Mówi, że nawet z bólu i straty Bóg uczynił coś dobrego — bo doprowadził ją z powrotem do siebie.

Dzisiaj Gloria prowadzi platformę dla ludzi, którzy przeżyli trudne rzeczy (np. przemoc, chorobę), by dzielili się historiami i znajdowali wsparcie. Wspiera badania nad rakiem piersi: była zaangażowana w fundusze Breast Cancer Research Foundation, m.in. poprzez darowizny i wydarzenia charytatywne. Używa swojej muzyki i swojej historii jako świadectwa: często w wywiadach mówi, że chce inspirować ludzi, pomagać tym, którzy cierpią, pokazywać, że przez wiarę można przetrwać trudności.

I Will Survive - 1978r.:
https://www.youtube.com/watch?v=6dYWe1c3OyU&list=RD6dYWe1c3OyU&start_radio=1

poniedziałek, 20 października 2025

Rachel Wilhelm – Hosea

17.10.2025r. ukazała się czwarta płyta amerykańskiej piosenkarki, kompozytorki, autorki tekstów Rachel Wilhelm – Hosea. Płyta inspirowana klimatem i brzmieniem Radiohead. Słychać też echa Jeffa Buckleya, albo Daniela Lanoisa. Mamy tu bardzo ciekawe połączenia gitary akustycznej z elektroniką, mroczne, ambientowe syntezatory przeplatane ciepłymi chórkami gdzieś z oddali, bas z perkusją przyprawione smyczkami i wiolonczelą. W dwóch utworach na gitarze zagrał znakomity Phil Keaggy (ur. 1951r.) mający na koncie niemal 150 albumów. Płyta wg mnie najbardziej dojrzała brzmieniowo i wokalnie z całego dorobku Rachel, choć jej talent można docenić już na pierwszej płycie z 2016 roku - A Kindling Glance. Nie bez znaczenia jest też fakt, że artystka przechodziła w przeszłości przez ciemną dolinę depresji, stąd emocjonalny śpiew i głębia jej poezji to świadectwo wiarygodności i zastrzyk nadziei.

Hosea to koncept-album oparty o biblijną księgę dość bliskiego mi proroka – Ozeasza. Utwory nawiązują do kolejnych rozdziałów tej księgi. Ogólna tematyka to krytyka liberalnego kościoła, jego brudów, przekrętów i zbrodni. Oskarżenie o zdradę, pozorne nawrócenia i brak odpowiedzialności duchowych przywódców. Religia jest maską, hipokryzja i pusta pobożność są przerażające. Burza Bożego sądu jest nieuchronna. Jednak On wciąż kocha, wzywa zanim stanie się coś strasznego i wzbudza nadzieję. W opisie płyty czytamy: „Tak jak my jesteśmy niewolnikami grzechu, ale zostaliśmy odkupieni i nawiązaliśmy relację z Jezusem, tak historia Ozeasza opowiada o mężczyźnie, który jest typem Chrystusa, kochającym zagubioną i smutną kobietę, potrzebującą pojednania z prawdziwą miłością”. Płyta kończy się obietnicą: „kocham cię i dam ci życie”. A ja zakończę ostatnimi słowami księgi Ozeasza: „Kto mądry, niech to zrozumie, kto rozumny, niech pozna: gdyż drogi Pana są proste – i chodzą nimi sprawiedliwi, a niegodziwi upadają na nich” (14,9).

https://rachelwilhelm1.bandcamp.com/album/hosea

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Wiara Boba Marleya


Mówi się o Ruchu Rastafari, że to odłam chrześcijaństwa, a o Marleyu, że niby przyjął chrześcijaństwo pod koniec życia. Aby temat zbadać sięgnąłem po kilka artykułów, filmów, a głównie dwie książki: „Bob Marley : nieopowiedziana historia króla reggae” - Chris Salewicz (tł. Maciej "Magura" Góralski) oraz „No woman, no cry : moje życie z Bobem Marleyem” - Rita Marley, Hettie Jones; których fragmenty obficie cytuję poniżej. W przedmowie do tej drugiej Sławomir Gołaszewski (filozof kultury, poeta, kompozytor, muzyk, dziennikarz i felietonista, znawca reggae), u którego dziesiątki lat temu miałem okazję gościć, pisze: „Łatwo wyobrazić sobie muzykę pop bez Michaela Jacksona i rock'n'roll bez Elvisa Presleya. Blues, jazz i folk mogą istnieć anonimowo. Lecz reggae bez Marleya nie ma racji bytu. Ten styl, gatunek, konwencja i jego nazwisko to synonimy”.

Marley (1945-1981) zaczynał swoją muzyczną karierę w latach 60-tych. Znał już dobrze Pismo Święte, bowiem Jamajka w tamtym czasie zalana była Bibliami. Jego mama i dziadkowie chodzili do protestanckich kościołów. Matka Marleya Cedella wspomina, że przed poczęciem Boba „zaczęła wierzyć” w kościele apostolskim Shiloh, kościele zielonoświątkowym w Kingston, gdzie była chórzystką. Z czasem, gdy Bob spotykał się z grupą Rastafarian na obrzędach Nyahbinghi jego muzyka zaczęła ewoluować z piosenek o miłości do utworów zaangażowanych społecznie, religijnie i ideologicznie.

Jego żona Rita, z którą wzięli ślub w 1966r. także wspomina o swoich chrześcijańskich korzeniach: 
„Obok ojca i Cioci (która śpiewała w kościelnym chórze), zawsze był mi bliski wujek Cleveland, świetny baryton, rozchwytywany przez organizatorów weselnych przyjęć i innych uroczystości. Zawsze byłam więc zorientowana na muzykę, zawsze się nią interesowałam. Ponieważ bardzo wcześnie okazało się, że mam dobry głos, Ciocia uczyła mnie pieśni i reklamowała mnie pośród swoich klientów: — Rita zaśpiewaj tę weselną piosenkę. Uwielbiałam śpiewać w kościołach — jestem zagorzałą chrześcijanką od dzieciństwa. Wiem, że Bóg istnieje; kocham Go i od zawsze czułam Jego bliskość (a do tego pojawił się jeszcze Winston, syn pastora, który odprowadzał mnie po kościele i dawał całusa przy bramie)”.
„Miałam dziesięć lat, kiedy Ciocia powiedziała: — Rita, nie chciałabyś spróbować swoich sił w radiu? Cioteczka kochana, jak ona we mnie wierzyła! Odparłam: — OK, a co mam zaśpiewać? A ona na to: — The Lords Prayer, bo to wspaniała pieśń i ty ją pięknie śpiewasz! Usadziła mnie na moim krzesełku, obok swojej maszyny do szycia i dzień po dniu, kiedy szyła śpiewała Ojcze nasz, a ja powtarzałam: — Ojcze nasz, któryś jest w niebie... przyjdź królestwo Twoje... — i kiedy docierałyśmy do ostatniego wersu, śpiewała: — A teraz weźmy się za ręce i śpiewajmy: Ale nas zbaw odeeee złeeeegooooo...”
Jednak pod wpływem męża ideologia zaczęła brać górę:
„Przechodziłam te wszystkie zmiany, ale nie zwariowałam, jak wszyscy myśleli. Sądziłam, że otwieram się na większą wiedzę, i czułam, że muszę się nią podzielić. Miałam w sobie od początku silny religijny impuls — jako dziecko w kościele wpadałam w trans, skakałam i wykrzykiwałam słowa w nieznanych językach. Na długo zanim poznałam Boba, czytywałam Biblię. Teraz zaczęłam głosić wiarę Rastafari — gdziekolwiek nie poszłam, mówiłam o czarnej dumie i konieczności powstania z kolan”.
„W czasie kiedy poznawaliśmy się bliżej, Bob, zapoznawał mnie z wierzeniami Rastafari, których historia sięga początków dwudziestego wieku i Marcusa Garveya, Jamajczyka, który również pochodził z St. Ann. Garvey, wyjechał do Nowego Jorku, gdzie założył związek Universal Negro Improvement Association, mający za zadanie wzmacniać wiarę w siebie czarnych oraz nawoływać do repatriacji czarnej społeczności do Afryki. Niektórzy Jamajczycy zwracali szczególną uwagę na proroctwo Garveya, które zakładało, że pewien afrykański król uwolni ich z kolonialnej udręki, i wierzyli, że tą osobą jest etiopski przywódca, cesarz Hajle Sellasje Pierwszy. Amharskie imię Sellasje brzmiało Ras Tafari; jego wyznawcy nazywali się Rastafarianami, w skrócie Rasta. Zanim nastały lata sześćdziesiąte, poza Jamajką nikt nie wiedział nic o Rasta. Na wyspie zwykli ludzie postrzegali ich jako „ludzi o czarnym sercu”, którzy żyją w rynsztoku i bez przerwy palą ganję (jamajskie określenie marihuany). Ludzie mawiali, że kradną kurczaki. Nie obcinali nigdy włosów, nie czesali ich i pozwalali, aby rosły w naturalnych „lokach”, zwanych „dreadlokami”. Słowo „dread” używane jest dziś w różnych znaczeniach, ale jego genezy należy szukać w rastafariańskim wyzwaniu rzuconym jamajskim władzom kolonizatorów”.
Także swojej mamie Marley głosił „dobrą nowinę”:
„Będąc w Ameryce, Bob odwiedził swoją matkę. Tym razem zdecydował się udzielić jej pełnych nauk na temat Rastafari. Zanim Bob się urodził, chodziłam do szkółki niedzielnej, gdzie przyjęłam Jezusa - opowiada pani Booker. — Próbowałam żyć zgodnie z zasadami wiary, ale wszystkie te ścisłe nakazy, które tam poznałam, Bob zakwestionował, nazywając je hipokryzją. Nie miały większego sensu. Te wszystkie stroje, które trzeba było zakładać do kościoła... Ci ludzie używali władzy tylko po to, by rządzić innymi. To nie było prawdziwe chrześcijaństwo. Minęło trochę czasu, zanim zdałam sobie z tego sprawę, Bob powiedział mi, że to Jego Wysokość, nie Jezus jest Wszechmocnym Bogiem, ale nie byłam w stanie tego w ogóle zrozumieć. Pytałam się, skąd o tym wie. Myślałam, że on jest tylko człowiekiem, a Bob odpowiadał: tak, on jest tylko człowiekiem. Na co ja mówiłam, że jest wielkim człowiekiem, ale nie uważam, żeby był Bogiem. A wtedy Bob zapytał: wobec tego jak myślisz, kim jest Bóg? Nie miałam na to pytanie odpowiedzi, ponieważ zawsze patrzyłam na Boba jako na białego człowieka. Jak na tym obrazku na ścianie. Wtedy Bob poprosił, żebym go zdjęła i pokazał mi inny obraz, który powinien tam wisieć. Do tego czasu wieszałam te rzeczy jako dekorację, a Bob spojrzał na to, co mam na ścianie, i spytał, czy te obrazki są tu z konkretnego powodu. Odparłam, że powiesiłam je tak po prostu, żeby coś wisiało. Wtedy wyjaśnił mi, co reprezentuje emblemat i orzeł na szczycie i tak dalej, odczytał całą symbolikę. Miałam też zdjęcia prezydenta Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga. Bob mówił: zdejmij ten i tamten obrazek, a powieś ten i ten. Zaczął mi to później tłumaczyć: ‘Wiesz, mamusiu, dlaczego trudno ci uwierzyć, że Jego Wysokość jest Bogiem? Ponieważ od czasu, kiedy byłaś małą dziewczynką, ciągle słyszałaś o Jezusie Chrystusie, chodziłaś do kościoła i weszłaś w ten świat. Ale dzisiaj Bóg przybywa pod nowym imieniem, już nie jako Jezus Chrystus. Bóg powiedział, że Jego imię będzie straszliwe pomiędzy poganami, czyli niewierzącymi. Gdybyś nie była moją matką, nawet nie fatygowałbym się żeby z tobą rozmawiać, ale i tak jesteś Rasta od dnia narodzin. Zobaczysz to wraz z upływem czasu’. I wraz z upływem czasu widzę wszystko takie jakim jest, i nikt już więcej nie musi mi nic wyjaśniać”.
Po wielu latach po śmierci męża Rita jest rozczarowana komercjalizacją Rasta:
„Ale wiele rzeczy zmieniło się na Jamajce, a także na świecie od lat siedemdziesiątych. Wtedy bardzo trudno było by sobie wyobrazić zdjęcie Boba na billboardzie albo ludzi w dreadlokach reklamujących coca-colę, Jeśli Bob nie osiągnąłby takiego sukcesu, jeśli nie osiągnąłby go właśnie z ‘koroną’ Rasa na głowie, rzeczy miałaby się inaczej. Obecnie nie trzeba czytać Biblii, aby nosić dready. My codziennie czytaliśmy po jednym rozdziale Biblii i zastanawialiśmy się, dlaczego jesteśmy na tej właśnie drodze. A dziś wystarczy jedna wizyta u fryzjera, posiedzisz trochę na fotelu i wychodzisz, jakbyś hodował dredy od urodzenia! Takie to teraz proste... Jak wiele musiało się zmienić od czasów, kiedy byłam za nie oskarżana, oczerniana, pogardzana, zniewalana, a nawet opluwana”.
Rastafarianie widzieli hipokryzję chrześcijan, nierówności rasowe, niesprawiedliwość, niewolnictwo, wyzysk. W pewnym sensie obrzędy Rasta i muzyka, były tym co miało zjednoczyć, uwolnić i dać siłę, wiarę i nadzieję do duchowej, ale też praktycznej walki o swoje prawa mieszkańców Jamajki oraz potem o prawa i godność człowieka na świecie. Z czasem przesłanie nabrało ogólniejszej formy i stało się bardziej uniwersalne, gdy na koncerty Marleya w Europie w większości przychodzili biali (w drugiej połowie lat 70tych). Poglądy wielu miłośników reggae wtedy i współcześnie wyrażają słowa, które napisał we wstępie do biografii Marleya Maciej "Magura" Góralski (perkusista Kryzysu i Deadlocka): „Chociaż nie skłaniam się do używania słynnego sakramentu ziołowego, stosowanego przez wyznawców Rasta ani nie jestem przeświadczony o immanentnej boskości cesarza, pozostaję oddanym i uniżonym sługą tej muzycznej tradycji i jej filozofii, która nie obiecuje zbawienia i raju po śmierci, ale daje wolność i radość tu i teraz, na tej zielonej Ziemi. Wolność, która znajduje się w sercu jej rytmu, w rytmie jej serca”.
Marley mawiał: „Mam tylko jedną ambicję, rozumiesz? Chcę, żeby to się stało naprawdę. Chcę zobaczyć całą ludzkość żyjącą w jedności, wszystkich razem: czarnych, białych i żółtych. To wszystko”.

Dodatkowo śmierć cesarza Etiopii (który notabene zawsze zaprzeczał swojej boskości) stała się powodem rozmywania się radykalnej ideologii Rasta. Wielu wyznawców było bardzo zawiedzionych.
„Dwudziestego czwartego sierpnia 1975 roku cała Jamajka przeżyła szok: Jego Cesarska Wysokość Haile Selassie I, Król Królów, Zwycięski Lew z Pokolenia Judy zmarł. Istniało podejrzenie, że został zamordowany. To była tragiczna wiadomość, jednak ta śmierć stworzyła niemal metafizyczne wyzwanie dla rastamańskiej teologii: jak to możliwe, że Bóg mógł umrzeć, nawet jeśli był żywym człowiekiem? Ten dzień, 27 sierpnia, był na Jamajce bardzo zimny i smutny — wspomina Judy Mowatt. — Niektórzy natychmiast stracili wiarę. Pozostali trwali w niej, pamiętając słowa z Biblii o przychodzących z daleka wiadomościach, które bezmyślnych przerażą i zgubią. My się nie baliśmy wiedzieliśmy, że to nieprawda, wiedzieliśmy też, że on ma moc znikania”.
W odpowiedzi na te głosy pod koniec roku 1975 Marley nagrał płytę ku pokrzepieniu serc „Rastaman Vibration”, śpiewał wówczas o nowym pozytywnym czasie, nowym znaku i Bożej ochronie.

Symbole i terminologia biblijna to stały element filozofii Rasta i twórczości Marleya. Jednak osoba Chrystusa nie była najważniejsza, mieli do Jezusa dość luźne podejście, był jednym z wielu dobrych ludzi. Korzystali z Jego Słowa, ale nie byli Mu oddani. A więc filozofia i teksty piosenek Boba to w rzeczywistości synkretyzm religijny – wierzenia plemienne, trochę chrześcijaństwa, trochę judaizmu, uniwersalizmu i ideologii New Age.

W 1977r. powstała płyta „Exodus” uznana przez magazyn „Time” za najlepszy muzyczny album XX wieku, a „One Love” została okrzyknięta piosenką tysiąclecia przez BBC. Ten największy przebój Marleya „One Love/People Get Ready” nawiązuje do piosenki Curtisa Mayfielda z 1965 roku, a który to muzyk był wielką inspiracją dla Boba. Martin Luther King Jr. nazwał piosenkę Mayfielda nieoficjalnym hymnem Ruchu Praw Obywatelskich i często używał jej, aby zachęcić ludzi do marszu lub aby ich uspokoić i pocieszyć. Na albumie „Exodus” Jest też piosenka „So Much Things To Say” krytykująca polityków i przywódców religijnych – „Oni ukrzyżowali Jezusa Chrystusa” – śpiewa Marley, ukazując Zbawiciela jako zaledwie męczennika sprawiedliwości obok uznanego za twórcę doktryny Rastafari Marcusa Garveya oraz jamajskiego baptysty Paula Bougl’a.

Przywódcy prawosławni chrzcili chętnych Rastamanów, bo myśleli, że tak przybliżą ich do Chrystusa. Zmarły w 2005 r. arcybiskup Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, który też chrzcił Marleya, powiedział, że w latach 70-tych mnóstwo Rastafarian przyjęło chrzest w tym kościele, ale cięgle mieli odmienną ideologię od prawosławnej i chcieli by to kościół przyjął ich ideologię, co oczywiście nie mogło się stać. Kilka miesięcy przed śmiercią, jak już był ciężko chory, Marley zapragnął wziąć chrzest w tym Kościele. Trudno powiedzieć, czy zrobił to za namową Rity, która tamże ochrzciła wszystkie swoje (i nie tylko swoje) dzieci, czy też uczynił to symbolicznie, uznając zwierzchnictwo Kościoła, którego starożytnym autorytetem był zafascynowany, a który wywodził się bezpośrednio z Kościoła koptyjskiego, którego założycielem wg tradycji był Marek Ewangelista. Niewykluczone, że świadomy bliskiej śmierci nawrócił się i uznał Jezusa Chrystusa jako swojego jedynego zbawiciela i dał się ochrzcić na wyznanie swojej wiary. Ale nie znalazłem tego w licznych publikacjach. Poza tym sama konwersja o niczym nie świadczy, nie ma mocy zbawczej.

Podczas chrztu rodzina, przyjaciele, duchowni i Marley wylali morze łez, ale raczej nie z powodu doświadczenia łaski i przebaczenia grzechów, lecz był to naturalny płacz pełen emocji wynikających z podniosłej atmosfery i świadomości jego zbliżającej się śmierci. W 1979r. muzyk już wiedział, że umrze. Wcześniej jednak sprzeciwiał się amputacji palca, która to uratowałby mu życie. Gdy usłyszał diagnozę „wstrząśnięty Bob zwrócił się do swojej matki: Nigdy nikogo nie skrzywdziłem, nie czyniłem zła, dlaczego Bóg miałby zesłać na mnie raka?”. A przywódca rastafariańskich 12 plemion Izraela GadMan powiedział: „To niemożliwe żeby rastaman chorował na raka”.

(Na marginesie można dodać, że Marley z Ritą byli małżeństwem do jego śmierci. Bob „dorobił się” trzynaściorga dzieci z ośmioma kobietami, zdradzał Ritę nieustannie, a gdy ona zaczęła go zdradzać, był niezwykle zazdrosny. Rita w 1996 roku została uznana winną zdefraudowania znacznej części majątku po Bobie.)

Matka Boba powiedziała, że Bob Marley świadczył o boskości Haile Sellassie, gdy umierał pod jej opieką. Jednak Rita powiedziała, że Bob w ostatnich dniach życia odczuwał „tak okropny ból, że wyciągnął rękę i powiedział: Jezu, zabierz mnie”. Znamienne, że nie powiedział: Jah Rastafari zabierz mnie, lub Haile Selassie zabierz mnie. Bóg wie co było w jego sercu w tym czasie. Jest to jedyny symptom, który pozwala spekulować o zbawieniu Marleya.

Nigdzie nie znalazłem informacji, żeby któreś z dzieci Boba nawróciło się. Natomiast jest wielu wykonawców reggae głoszących radykalne, bezkompromisowe przesłanie Ewangelii, bez synkretycznych naleciałości. Między innymi: Christafari, Avion Blackman, Vanessa Mardueno, Kristina Alicia, Solomon Jabby, Autentic ska Sounds, Roge Abergel, Joshua Alo, Yerubilee, Geneman, Imisi, Tommy Cowan, Carlene Davis, Papa San, Sherwin Gardner, Kerron Ennis, Dominic Balli, Jermaine Edwards, Ziggy Soul.

________________________________________________

dodatkowe źródła:

https://www.youtube.com/watch?v=eGddBc00_VY

https://www.youtube.com/watch?v=WXiPllReCBI

https://taylormarshall.com/2018/07/messianic-theology-bob-marley-conversion-ethiopian-orthodoxy.html

https://leben.us/baptism-bob-marley/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_Rastafari