Joela poznałem w tym roku. Najpierw z płyt, potem na koncercie w Gdańsku 9.05.2026r. (sekstet) (z przeciekawym supportem Royber Trio Mikołaja Trzaski) i nawet chwilkę udało mi się z chłopakiem (ur. 1995r.) pogadać. Syn baptystycznego dyrygenta chóru oraz dziecko słynnego Blue Note’u. Wibrafonista nagrał 5 albumów jako lider i w wielu brał udział jako muzyk sesyjny.
Warto w tym momencie przytoczyć krótką historię Blue Note Records. Wytwórnia została założona w 1939 roku w New York City przez dwóch niemieckich emigrantów żydowskiego pochodzenia: Alfreda Liona i Francisa Wolffa. Obaj uciekli z nazistowskich Niemiec przed wojną.
W historii Blue Note Records są właściwie dwa różne światy. Jeden pachnie dymem klubowym, nowojorskim asfaltem i nocnymi sesjami nagraniowymi Rudy’ego Van Geldera. Drugi – współczesny – jest bardziej globalny, świadomy wizerunku, cyfrowy i stylistycznie otwarty. A jednak oba światy łączy to samo: poszukiwanie emocji, indywidualnego głosu i pewnej duchowej intensywności.
W latach 60. i 70. Wayne Shorter, Herbie Hancock, Lee Morgan czy Andrew Hill tworzyli muzykę gęstą, nieprzewidywalną, czasem surową. Jazz był wtedy czymś więcej niż estetyką — był językiem miasta, polityki, napięć rasowych i artystycznej wolności. W tle znajdował się Nowy Jork epoki kryzysów, zadymionych klubów i środowiska artystycznego żyjącego właściwie nocą.
Współczesne Blue Note reprezentują m.in. Robert Glasper, Immanuel Wilkins, Ambrose Akinmusire czy właśnie Joel Ross. Ich muzyka nadal bywa ambitna, ale znacznie częściej przenika się z hip-hopem, elektroniką, neo-soulem i współczesnym R&B. Dzisiejszy jazz Blue Note nie walczy już o obecność w kulturze — raczej próbuje odnaleźć się w świecie nadmiaru bodźców i streamingu.
Różni się także sam styl bycia muzyków. Artyści dawnych dekad często wyglądali elegancko, ale naturalnie: garnitury, cienkie krawaty, długie płaszcze, papieros w dłoni. Był w tym pewien chłód i dystans. Współcześni muzycy Blue Note są bliżsi kulturze streetwearu i artystycznej indywidualności — szerokie fasony, sneakersy, wpływy mody afroamerykańskiej i estetyki alternatywnej. Dawny jazzman chciał wyglądać profesjonalnie; współczesny często chce wyglądać autentycznie.
Ciekawe są też różnice duchowe. W jazzie lat 60. chrześcijaństwo i duchowość często miały charakter mistyczny lub symboliczny. John Coltrane — choć nie był artystą Blue Note (jedynie znakomita płyta „Blue Train” pochodzi spod szyldu BNR) — ogromnie wpłynął na całe środowisko, wprowadzając do jazzu język modlitwy, transcendencji i poszukiwania Boga. Wielu muzyków łączyło chrześcijaństwo z filozofią Wschodu, islamem albo afrykańską duchowością.
Współcześni artyści Blue Note częściej mówią o wierze bardziej osobiście i społecznie — jako o źródle tożsamości, nadziei czy refleksji nad wspólnotą i o potrzebie nowego narodzenia. U Immanuela Wilkinsa słychać wpływ muzyki kościelnej i gospel, ale podany w nowoczesnym, często bardzo emocjonalnym języku.
Paradoksalnie jednak oba okresy łączy podobna idea: jazz Blue Note pozostaje muzyką ludzi szukających czegoś głębszego niż rozrywka. Niezależnie od tego, czy słuchamy chłodnego tonu Wayne’a Shortera, czy współczesnych medytacyjnych kompozycji Joela Rossa, wciąż słychać próbę opowiedzenia świata bardziej intuicyjnie, duchowo i osobiście niż pozwala na to większość współczesnej muzyki popularnej.
W latach 60. i 70. wielu afroamerykańskich muzyków jazzowych wychowywało się w kulturze protestanckiej — baptystycznej, metodystycznej albo ogólnie związanej z gospel. Nawet jeśli później odchodzili od praktyk religijnych, język chrześcijański pozostawał ważny muzycznie i kulturowo. Problem w tym, że środowisko jazzowe tamtej epoki było jednocześnie mocno związane z poszukiwaniami duchowymi poza klasycznym chrześcijaństwem, muzycy raczej sięgali po hinduizm, buddyzm, islam i wschodni mistycyzm.
Współczesna scena Blue Note wygląda trochę inaczej. Wielu młodszych muzyków — szczególnie związanych z gospel, neo-soulem i sceną nowojorską — otwarcie mówi o chrześcijańskich korzeniach. Dotyczy to np. środowisk, z których wywodzą się Robert Glasper czy Immanuel Wilkins. W ich muzyce często słychać wpływ kościoła afroamerykańskiego: harmonii gospel, emocjonalności nabożeństw, chóralności czy idei wspólnoty.
Poza Joelem Rossem i Immanuelem Wilkinsem warto wymienić takich artystów jak:
Robert Glasper - dorastał w środowisku kościelnym, jego matka była związana z gospel. Glasper wielokrotnie mówił o wpływie muzyki kościelnej na swoją harmonię, rytm i sposób grania. Nie jest artystą „religijnym”, ale gospelowe DNA jest u niego bardzo silne.
Gregory Porter - mocno związany z chrześcijańskim wychowaniem i tematami duchowymi. W jego twórczości często pojawiają się motywy przebaczenia, nadziei, godności i miłości bliźniego.
José James - nie jest kojarzony bezpośrednio z chrześcijaństwem, ale wielokrotnie mówił o duchowym wymiarze muzyki i wpływie gospel/soulu.
Kandace Springs - wyraźnie wyrasta z tradycji gospel, soulu i muzyki kościelnej amerykańskiego Południa.
Charles Lloyd - choć starszego pokolenia, nadal związany ze współczesnym Blue Note. Bardzo duchowy artysta; jego język religijny bywa chrześcijański, ale też szeroko mistyczny.
Terrace Martin - mocno nasiąknięty tradycją gospel i kościelnej muzyki Los Angeles, nawet jeśli działa bardziej na styku jazzu, hip-hopu i R&B.
Brian Blade - jest bardzo związany ze współczesnym światem Blue Note Records. Syn baptystycznego pastora, lider Brian Blade Fellowship, często wypowiada się o wpływie kościoła na jego muzykę i oczywiście na życie. W wywiadach często mówi o łasce, wdzięczności, duchowym wymiarze improwizacji, muzyce jako formie służby i wspólnoty.
***
Chwilę po koncercie Joela, byłem w jego garderobie z prośbą o autograf. Zapytałem chłopaków czy są 'born-again christians', odpowiedzieli: Yes. Na jednym z ostatnich wpisów na swoim facebooku Joel zamieszcza fragment hymnu autorstwa angielskiego pastora Edwarda Mote (1797–1874), oraz znamienny werset z Ewangelii Mateusza o konsekwencjach budowania na piasku i trwałości budowli na skale.
„My hope is built on nothing less
than Jesus’ blood and righteousness;
I dare not trust the sweetest frame,
but wholly lean on Jesus’ name.
On Christ, the solid rock, I stand;
all other ground is sinking sand,
all other ground is sinking Sand”.
“Everyone then who hears these words of mine and does them will be like a wise man who built his house on the rock. And the rain fell, and the floods came, and the winds blew and beat on that house, but it did not fall, because it had been founded on the rock. And everyone who hears these words of mine and does not do them will be like a foolish man who built his house on the sand. And the rain fell, and the floods came, and the winds blew and beat against that house, and it fell, and great was the fall of it.” Matthew 7:24.
Chwilę po koncercie Joela, byłem w jego garderobie z prośbą o autograf. Zapytałem chłopaków czy są 'born-again christians', odpowiedzieli: Yes. Na jednym z ostatnich wpisów na swoim facebooku Joel zamieszcza fragment hymnu autorstwa angielskiego pastora Edwarda Mote (1797–1874), oraz znamienny werset z Ewangelii Mateusza o konsekwencjach budowania na piasku i trwałości budowli na skale.
„My hope is built on nothing less
than Jesus’ blood and righteousness;
I dare not trust the sweetest frame,
but wholly lean on Jesus’ name.
On Christ, the solid rock, I stand;
all other ground is sinking sand,
all other ground is sinking Sand”.
“Everyone then who hears these words of mine and does them will be like a wise man who built his house on the rock. And the rain fell, and the floods came, and the winds blew and beat on that house, but it did not fall, because it had been founded on the rock. And everyone who hears these words of mine and does not do them will be like a foolish man who built his house on the sand. And the rain fell, and the floods came, and the winds blew and beat against that house, and it fell, and great was the fall of it.” Matthew 7:24.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz